Wystarczy obiecać ludziom, że „kiedyś” być może (bo gwarancji nie ma mimo wszystko) nie zachorują na raka X (jedna szczepionka), na raka Y (druga szczepionka), na raka Z (trzecia szczepionka) … no i zapewne pojawią się przypominające.

To, że okaże się za 30 lat, że jednak ch…. było to warte a wyszły przy okazji jakieś uboczne skutki, to i tak zarobiona kasa wystarczy na ugody z niewielkim procentem tych, którzy o nie zechcą walczyć. To prosta matematyka, która jest kalkulowana w biznesie.

Po co promować zdrową żywność, którą można kupić „od sąsiada”, jak można „truć się paszą” z drugiego końca świata nawaloną środkami chemicznymi i dostępną w markecie niedaleko.

Miliony ludzi w „kurnikach” za milion w kredycie (duże i mniejsze już miasta z mieszkaniami, domami od dewelopera, które przypominają luksusowe kurniki), którzy karmieni się syfem i latają później po lekarzach po cudowną szczepionkę, która ma ich zabezpieczyć przed czymś na co nigdy nie muszą zachorować.

To przecież ten sam mechanizm co sprzedawanie talizmanów, które mają chronić przed urokiem, klątwą (choroba, niepowodzenie, …).

Dokładnie to samo, ale oprawione „w naukę”.

Autor: Diario