Tuskoza nie jest chorobą polityczną. To byłoby zbyt proste. Tuskoza jest chorobą mentalną epoki, w której myślenie zostało uznane za zbędny luksus, a odpowiedzialność za osobisty komfort psychiczny przerzucono na jedną, wygodną figurę wroga. Tuskoza to triumf skrótu myślowego nad rozumem, emocji nad faktami i zbiorowego rechotu nad analizą.
To stan, w którym człowiek nie szuka przyczyn, tylko winnego. Nie interesuje go proces, mechanizm, kontekst ani konsekwencje. Interesuje go ulga. Natychmiastowa. Prosta. Jedno nazwisko, jedno hasło, jeden symbol, który można rzucić jak kamień, by poczuć, że świat znów jest „ogarnięty”. Bo jeśli wszystko da się sprowadzić do jednego źródła zła, to nie trzeba już rozumieć niczego więcej.
Tuskoza nie znosi złożoności. Gospodarka? Za trudne. Geopolityka? Męczące. Prawo? Kto by czytał. Łatwiej uznać, że cały wszechświat działa według jednej instrukcji obsługi: jeśli coś się nie zgadza, winny jest zawsze ten sam. W ten sposób człowiek dotknięty Tuskozą odzyskuje poczucie kontroli — nie nad rzeczywistością, ale nad własną bezradnością.
To właśnie dlatego Tuskoza tak dobrze się sprzedaje. Jest tania poznawczo. Nie wymaga wysiłku. Nie wymaga wiedzy. Nie wymaga nawet spójności. Może jednocześnie tłumaczyć drożyznę, dziury w drogach, inflację, pogodę, globalne kryzysy, a nawet osobiste porażki. Jest jak uniwersalny pilot do rzeczywistości — jeden przycisk, jeden komunikat, jedna mantra powtarzana do znudzenia.
Najbardziej groteskowe jest jednak to, że Tuskoza daje iluzję moralnej wyższości. Chory nie tylko „wie lepiej”, ale czuje się lepszy. Bardziej oświecony. Bardziej nowoczesny. Bardziej „świadomy”. Choć w praktyce jego światopogląd mieści się w jednym zdaniu, powtarzanym w kółko jak zaklęcie odstraszające myślenie. Każda próba dyskusji kończy się agresją, bo każde pytanie jest dla Tuskozy zagrożeniem. A choroba, jak wiadomo, nie lubi być demaskowana.
Tuskoza uwielbia media społecznościowe, bo tam nie trzeba argumentów. Wystarczy ton, mem i chóralny aplauz podobnie zarażonych. Tam nie liczy się prawda, tylko tempo reakcji. Kto pierwszy wskaże winnego, ten wygrywa rundę. Fakty są zbędnym balastem. Logika jest podejrzana. Wątpliwości są zdradą.
I tu dochodzimy do objawu kluczowego, niemal podręcznikowego, bez którego żadna Tuskoza nie jest pełnoobjawowa. Winny zawsze jest PiS. Zawsze. Niezależnie od czasu, miejsca i tematu. To nie jest już pogląd polityczny. To odruch warunkowy. Jak ślina u psa Pawłowa, tylko zamiast dzwonka wystarczy dowolny problem.
Można rozmawiać o cenach energii, a skończyć na „wiadomo kim”. Można zacząć od pogody, a dojść do „ośmiu lat zniszczeń”. Można zgubić klucze i poczuć wewnętrzną potrzebę politycznego oskarżenia. Tuskoza nie toleruje pustki narracyjnej. Każda luka musi być natychmiast wypełniona jednym nazwiskiem, jedną partią, jednym symbolem zła absolutnego.
Ironia polega na tym, że im bardziej rzeczywistość komplikuje się naprawdę, tym silniejsza staje się Tuskoza. Bo prawdziwe problemy wymagają myślenia, a myślenie boli. A choroba, jak każda choroba, wybiera drogę najmniejszego oporu.
Tuskoza niszczy ludzi. Oducza ich samodzielności intelektualnej. Zamienia obywatela w komentatora, a komentatora w echo cudzych haseł. I choć bywa głośna, krzykliwa i nachalna, jest przede wszystkim śmieszna. Tragikomiczna. Bo w świecie, w którym wszystko jest czyjąś winą, nikt już nie musi być odpowiedzialny.
A to już nie jest żart. To jest koszt.
Diagnoza pozostaje aktualna. Leczenie wciąż to samo: dystans, śmiech i odwaga, by choć raz zapytać siebie: „a jeśli rzeczywistość jest po prostu bardziej skomplikowana, niż mój ulubiony slogan?”.
Rafał Szrama 🇵🇱
Zostaw komentarz