Służby państw liberalnej demokracji są w coraz większym stopniu upolitycznione, co wynika nie tylko ze „spiskowania” ich szefów na rzecz określonych ugrupowań politycznych, ale też z powodu coraz szerszej ekspansji poglądu, że każdy urzędnik jest w jakimś stopniu odpowiedzialny za utrzymanie „liberalnego” charakteru państwa.

Liberalnego w sensie amerykańskim, czyli po naszemu: liberalno-lewicowego. Oznacza to w praktyce określoną wizję państwa i możliwych polityk. Jeśli program prawicowy się w nich nie mieści, to takie upolitycznione służby wykonują obstrukcję, co jest coraz częstszą praktyką w krajach Zachodu.

Jednym słowem – koncepcja służb mundurowych i cywilnych zasadzała się na domniemaniu ich apolityczności. Tymczasem uległo to zmianie i dziś coraz częściej urzędnicy samodzielnie oceniają zlecane im przez władze polityczne dyspozycje pod kątem zgodności z ich światopoglądem i robią co mogą, aby torpedować te, które im nie pasują. Im częściej urzędy zatrudniają absolwentów liberalnych uczelni – tym mniej chętnie realizują oni konserwatywne politki. Widać to było szczególnie dobrze w Wielkiej Brytanii, gdzie dyrektorzy departamentów realizowali np. intensywne szkolenia z „różnorodności i inkluzywności” całkowicie ignorując płynące z rządu Torysów zalecenia, żeby takich praktyk zaprzestać.

Dokładnie z taką obstrukcją spotkała się też administracja Donalda Trumpa, która nie dość, że stanęła wobec służb otwarcie ją sabotujących, to jeszcze aktywnie zaangażowanych w fabrykowanie szkodzących jej materiałów.

Czytaj więcej.