W dzieciństwie nie byłem w niechęci do Niemców tak, jak do Sowietów – wychowywany. Pamiętam bardzo z resztą fragmentaryczne opowieści o przychodzeniu niemieckich żołnierzy z pomocą, nawet z ratunkiem Polakom w pogromach dokonywanym przez banderowców. O straszliwych czynach popełnionych przez rodaków Gehtego, Heinego, Schillera, tudzież Karola Maja — dowiadywałem się później. Największe wrażenie zrobiły na mnie „Kamienie na szaniec” Broniewskiego, „Medaliony” Nałkowskiej, Dymy znad Birkenau” Szmaglewskiej. Mieszkałem niedaleko Oświęcimia, można powiedzieć, że wyrastałem w cieniu Auschwitz. Los sprawił, że osiedliłem się na trofiejnym terenie przydzielonym przez Stalina jako rekompensata za zabranie mojego Heimatu. Niemieckość tamtego terenu wyłaziła — każdą piędzią po prawdzie urodzajnej, ale nie tak jak na Podolu ziemi. Nawet tu gnojowica śmierdziała po szwabsku. Starzy ludzie szwargotali między sobą bez żadnego skrępowania.
W wyzwolonej dopiero po prawie 50 latach po wojnie Polsce przyszło mi urzędować w starostwie landu Leobschütz i volens nolens stałem się aktywistą polsko-niemieckiego pojednania. Kiedyś już o tym wspominałem, jak targowałem się z proboszczem mającym i korzenie i nazwisko niemieckie o zgodę — na upamiętnienie ofiar zbrodni ludobójstwa dokonanego przez ukraińskich nacjonalistów, poprzez wmurowanie w cmentarne ogrodzenie stosownej tablicy. Ksiądz się zgodził pod warunkiem, że jego pochodzący spod Brodów parafianie zezwolą na postawienie przed kościołem „Piety” ufundowanej przez ziomkostwo uciekłe — z tej wsi do Dolnej Saksonii. Wymusiłem na krajanach ze Wschodu tę zgodę, toteż kiedy do starosty, który był moim zwierzchnikiem — zwrócili się z propozycją współpracy przedstawiciele powiatu, w którym osiedlili się byli mieszkańcy z głubczyckiego — powiedział… panie Staszku, pan jesteś uchodźca ze Wschodu, to niech pan wybada, o co tym uchodźcom z Leobschütz i okolicy chodzi? Sam zachował wobec tej inicjatywy polityczną rezerwę. Pojechałem razem z wicestarostą i przewodniczącą powiatowej rady, osób ode mnie znacznie młodszych, więc nieskażonych wirusem, albo jak kto woli bakterią uprzedzenia do stolicy alternatywnego dla głubczyckiego landu Holzminden.
Wyniosłem z tej wizyty, poza oczywiście niezdawkowymi objawami z tamtej strony europejskiej sympatii przekonanie, że oni tam mają nie tylko ludzi, którzy stamtąd przed Armią Czerwoną uciekli, ale każdego konia, krowę, świnie, kury, kaczki, pierzyny, garnki, talerze, które musieli oni pozostawić – policzone. Nie wspominając już – o szczegółowych operatach nieruchomości, przejętych przez Polaków. Nawiązuję o tym w kontekście , oczekiwanego na ogłoszenie, w rocznicę napaści Niemiec na Polskę — raportu o stratach i krzywdach nam wyrządzonych, przez tych, którzy teraz bez wstydu, żadnego zażenowania wypominają nam brak praworządności i naciskają na władze Unii, żeby Polaków zamorzyć głodem. Ten felieton ilustruje zdjęciem z ks.prałatem Groholem przywódcą ziomkostwa.