Dzisiaj chyba trzeba wsadzić ,,kij w mrowisko”. Coraz częściej myślę, że w dzisiejszej Polsce powinna powstać partia prezydencka — środowisko polityczne skupione wokół urzędującego prezydenta. Nie partia „prezydenta” w sensie formalnym, lecz zaplecze ideowe i parlamentarne, które daje głowie państwa realną reprezentację w Sejmie. Dlaczego to potrzebne i dlaczego nie stoi to w sprzeczności z Konstytucją?
W polskiej debacie publicznej samo sformułowanie „partia prezydencka” wywołuje nerwowe reakcje. Jedni krzyczą o łamaniu Konstytucji, inni o autorytaryzmie, jeszcze inni — o zamachu na demokrację. Tymczasem problem, o którym mówimy, nie jest ani egzotyczny, ani nielegalny. Jest realny, systemowy i dotyczy stabilności państwa.
Zacznijmy od faktów. Konstytucja Rzeczypospolitej Polskiej jasno stanowi: urzędujący prezydent nie może należeć do partii politycznej ani prowadzić działalności, która nie da się pogodzić z godnością urzędu. I bardzo dobrze. Prezydent nie jest sekretarzem partyjnym, lecz strażnikiem ciągłości państwa, arbitrem i zwornikiem całego systemu.
Ale Konstytucja nie zakazuje istnienia środowiska politycznego, które identyfikuje się z wizją prezydenta, popiera jego inicjatywy, broni jego prerogatyw i reprezentuje ten kierunek w parlamencie. Nie zakazuje zaplecza. Zakazuje jedynie formalnej zależności. To zasadnicza różnica, o której dziś albo się nie mówi, albo celowo ją zaciera.
Bo prawdziwy problem Polski leży gdzie indziej.Mamy w Konstytucji prezydenta wybieranego w wyborach powszechnych, z bardzo silnym mandatem społecznym, odpowiedzialnego za bezpieczeństwo państwa, politykę zagraniczną i ciągłość instytucji. A jednocześnie mamy system, w którym ten prezydent bardzo często pozostaje politycznie samotny — bez realnej reprezentacji w Sejmie, bez zaplecza zdolnego przełożyć jego inicjatywy na decyzje ustawowe.
Efekt jest widoczny gołym okiem: chaos, konflikty kompetencyjne, permanentna wojna polityczna. Państwo, które zamiast współpracy wybiera klincz. Prezydent, którego inicjatywy można ignorować, blokować lub ośmieszać wyłącznie dlatego, że nie stoją za nimi żadne realne siły parlamentarne.
I w tym miejscu pojawia się pytanie, które wielu woli przemilczeć:
dlaczego nie wystarczają istniejące dziś partie prawicy?
Formalnie przecież one są. Jest Prawo i Sprawiedliwość. Jest Konfederacja. Jest środowisko Grzegorza Brauna. Problem w tym, że ta strona sceny politycznej jest dziś skrajnie podzielona, wewnętrznie skłócona i coraz częściej zajęta sama sobą. Zamiast budować — rozszarpuje się nawzajem. Zamiast wyciągać wnioski — okopuje się na starych pozycjach.Każda z tych formacji ma na koncie poważne błędy. Błędy władzy, błędy języka, błędy personalne, błędy w ocenie rzeczywistości. I co najważniejsze — żadna z nich nie potrafiła uczciwie się do nich przyznać i od nich się odciąć. Zamiast korekty kursu- mamy propagandę, mamy ucieczkę do przodu, radykalizację przekazu albo udawanie, że nic się nie stało. Wizerunek tych partii, jest dziś poważnie nadszarpnięty, przez beznadziejnych, chciwych ludzi(jak w PiS), którymi się otoczyli. Zaufanie społeczne zostało — zużyte.Czy da się szybko starymi kadrami, to odbudować? Ludźmi, którzy te zaufanie stracili? Wątpię.
Dlatego właśnie nowa siła, jako wartość dodana jest potrzebna nie mimo istnienia prawicy, ale z powodu jej obecnego stanu.Partia prezydenckiego zaplecza musiałaby powstać po prawej stronie nie jako kolejny odłam, lecz jako projekt porządkujący: oparty na odpowiedzialności państwowej, a nie plemiennych wojnach; na bezpieczeństwie, a nie emocjach; na interesie narodowym, a nie partyjnych zależnościach i ukrytych interesach.
To nie byłaby „partia prezydenta” w sensie prawnym ani struktura podporządkowana głowie państwa. Byłoby to zaplecze, które rozumie konstytucyjną rolę prezydenta, uznaje jego mandat społeczny i potrafi wziąć odpowiedzialność w Sejmie. Często słyszymy argument: „prezydent ma być bezpartyjny”. Oczywiście. Ale bezpartyjny nie znaczy bezbronny. Nie znaczy pozbawiony zaplecza intelektualnego, politycznego,społecznego i parlamentarnego. Nie znaczy skazany na rolę notariusza cudzych decyzji albo wiecznego hamulcowego w sporach, których sam nie wywołał.Prezydent bez zaplecza jest łatwy do obejścia. Dzisiaj nawet gazety mają swoje kluby, środowiska.
To nie jest pytanie o ambicje polityczne.
To jest pytanie o dojrzałość państwa. Co o tym sądzicie?
Zostaw komentarz