Problemem ustawy wiatrakowej nie są takie, czy inne przepisy. Te, na etapie projektu aktu prawnego, mogą być niedopracowane, a nawet, delikatnie rzecz określając, niezbyt pociągające intelektualnie. Po to jest kontrola społeczna, dyskusja, udział opozycji w debacie, żeby źle napisane przepisy były eliminowane w toku procesu legislacyjnego.
Jedną z największych bolączek rządów PiS było właśnie to, że rządzący starali się etap konsultacji pomijać.
Proces legislacyjny w Polsce jest uregulowany m.in. w Regulaminie Sejmu.
Zgodnie z art. 32 Regulaminu
1. Inicjatywa ustawodawcza przysługuje posłom, Senatowi, Prezydentowi i Radzie Ministrów, a także grupie co najmniej 100 000 obywateli mających prawo wybierania do Sejmu.
2. Poselskie projekty ustaw mogą być wnoszone przez komisje sejmowe lub co najmniej 15 posłów podpisujących projekt.
Jak pokazuje doświadczenie zapis o inicjatywie obywateli jest fikcją, natomiast bardzo dużo projektów ustaw zgłaszanych jest w tzw. trybie poselskim.
Czym się ten proces różni od trybu „rządowego”?
Art. 34 ust. 3 Regulaminu stanowi, że uzasadnienie projektu ustawy powinno przedstawiać również wyniki przeprowadzanych konsultacji oraz informować o przedstawionych wariantach i opiniach, w szczególności jeżeli obowiązek zasięgania takich opinii wynika z przepisów ustawy.
Jednak, jak głosi drugie zdanie tego przepisu, w wypadku komisyjnych i poselskich projektów ustaw, w stosunku do których nie przeprowadzono konsultacji, Marszałek Sejmu przed skierowaniem do pierwszego czytania kieruje projekt do konsultacji w trybie i na zasadach określonych w odrębnych ustawach.
Warto zwrócić jeszcze uwagę na ust 4 omawianego przepisu:
4. Do uzasadnienia wniesionego przez Radę Ministrów projektu ustawy dołącza się projekty podstawowych aktów wykonawczych.
Innymi słowy grupa 15 posłów może uruchomić proces uchwalenia ustawy bez odbytych konsultacji społecznych, które potem co prawda uruchamia Marszałek, ale terminy już gonią (owe „odrębne przepisy” przewidują często minimalny okres konsultacji, który jest z reguły jednocześnie okresem maksymalnym, np. 21 dni). Nie musi się również zastanawiać nad wydaniem przepisów wykonawczych. A szkoda, bo te, jak sama nazwa wskazuje, pokazują jak prawo będzie wykonywane, czyli jak ono będzie funkcjonować.
Ponieważ takie unormowania prawne nie dają wystarczającej gwarancji tworzenia dobrego prawa, zrozumiałego dla adresata, tryb poselski nie powinien być regułą tworzenia ustaw. Uchwalane na szybko prawo jest często niespójne, nielogiczne i często trzeba je nowelizować.
Poza tym – konsultacje spoleczne dają uczestniczącym procesie legislacyjnym podmiotom możliwość racjonalnego przygotowania projektowanych regulacji.
Odpowiedni czas dane możliwość skorzystania z opinii wszystkich zainteresowanych podmiotów oraz ekspertów.
Fundamentem mentalności demokratów jest tworzenie prawa poprzez negocjacje z zainteresowanymi nim obywatelami. Bo to właśnie dla nich się je tworzy i im ma ono służyć.
Rozbudowane obowiązki konsultacyjne na etapie tworzenia, a następnie rozpatrywania projektu aktu prawnego, tworzenie możliwości debaty publicznej na temat projektowanych rozwiązań, to sine qua non dobrego prawa.
Jak słusznie zwrócił uwagę Piotr Kędziora w monografii napisanej pod red. Andrzeja Malinowskiego „Zarys metodyki pracy legislatora. Ustawy – akty wykonawcze – prawo miejscowe”:
„Nie można nie zauważyć, że inne możliwości w tym zakresie będzie miała do dyspozycji Rada Ministrów, wyposażona w rozbudowany aparat ekspertów i prawników, inne zaś np. grupa obywateli zamierzająca skorzystać ze swego konstytucyjnego prawa wniesienia projektu ustawy, jednak inicjowanie zmian w systemie prawa jest działaniem doniosłym i w żadnym przypadku nie powinno być ono nieprzemyślane czy zbyt pośpieszne, bez względu na podmiot inicjujący zmiany.”
Tymczasem prawnicy sobie, a życie sobie. We wniesionym swego czasu (jeszcze w poprzedniej kadencji) do Sejmu projekcie ustawy o zmianie ustawy o zawodach lekarza i lekarza dentysty (mój „konik”) oraz niektórych innych ustaw czytamy, że „z uwagi na jednoznacznie pozytywny lub neutralny charakter projektu, odstąpiono od konsultacji w celu umożliwienia uchwalenia projektowanych zmian w terminie pozwalającym na ich implementację równolegle z pracami związanymi z opracowaniem projektu ustawy budżetowej na rok 2023”. Jakaż pewność! Mina mi jednak zrzedła, kiedy w ocenie skutków regulacji tej ustawy przeczytałem:
„projekt ustawy jest co do zasady neutralny dla sektora finansów publicznych, z wyłączeniem jednorazowego zwiększenia wydatków publicznych w 2023 r. o 405 mln zł”.
Są co prawda mądrzy profesorowie, którzy mówią, że odstąpienie od konsultacji w takich przypadkach skutkuje niezachowaniem trybu wymaganego do wydania danego aktu. I że to już rodzi pytanie i jego zgodność z konstytucją, jednak nawet sam Trybunał Konstytucyjny wydaje różne w tym zakresie orzeczenia, więc co chcieć od biednych posłów? Traktowanie społeczeństwa jako partnera? Ale jak to proszę Pana?
Trochę więc to wstydliwe dla koalicji nazywającej się „demokratami”, że zaczyna od takiej „wtopy”.
Aleksandra Pawlicka z „Newsweeka” próbuje to tłumaczyć:
„— Problem polega tylko na tym, że przygotowali ustawę w trybie, w jakim obiecywali tego nie robić (projekt poselski). Ale też, powiedzmy sobie, że zrobili to dlatego, że ciągle nie ma rządu i ustawa jest potrzebna po to, żeby Polacy nie płacili gigantycznych rachunków za energię od 1 stycznia — dodawał Pawlicka.
Słabe tłumaczenie, bardzo słabe. Oskarżenia o działanie pod wpływem lobbystów jak najbardziej uzasadnione. Gdzie się koalicja tak spieszyła? Czy uchwalenie ustawy wiatrakowej w wersji przedstawionej przez projektodawców zapewniłoby tańszy prąd od stycznia? Nie. Wiatraki przecież trzeba najpierw postawić.
Na razie jednak to wiatraki postawiły koalicję na głowie. Wypada przypomnieć, że ludzie nie głosowali na inną wersję PiS, tylko na zmianę standardów rządzenia. Warto, żeby politycy koalicji o tym pamiętali.
Zostaw komentarz