Do Wiednia jeżdżę kilka razy w roku od ponad 12 lat. Z wykładami. W latach 90. XX wieku dwukrotnie byłem deportowany z Austrii (z tzw. misiem wbitym do paszportu) i miałem przez pewien czas pewną traumę z tym związaną. Austria obok Słowacji była jednym z tych państw, z których wyrzucono mnie na zbity pysk. A gdy popełniłem czyny grubo grubsze na terytorium Rumunii, nie tylko mnie stamtąd nie deportowano, ale oficer tamtejszej straży granicznej, kupował mi kawę w automacie w oczekiwaniu na przesłuchanie uspokajając, że wszystko będzie OK.
W Wiedniu byłem po raz osiemdziesiąty któryś, ale dopiero w ostatnich 4-5 latach zauważyłem, że absolutnie nie jest to miasto szyte na miarę Monachium, Hamburga czy Berlina. Jest to bodaj jedyne duże miasto, miasto stołeczne, które populacyjnie nadal znajduje się poniżej lub na równi z tym, co reprezentowało sobą w 1910 roku. Wiedeń – mam wrażenie – intencjonalnie nie dąży do wielkości.
Są trzy klucze do Bałkanów: Budapeszt, Wiedeń i Belgrad. A jeśli użyć języków: węgierskiego (Bécs) i języków południowych Słowian – Serbów, Chorwatów i Bułgarów oraz innych władających tymi językami ale udających innych od innych (Beč, Беч) – mamy trzy razy „B”. Przypadek? Nie uważam tego.
B-B-B, czyli Bałkany – Bryndza – Bylejakość.
Wiedeń to swoisty wentyl bezpieczeństwa dla całej Europy, nie tylko tej Środkowej, ale całego tego europejskiego Zadupia, które mężnie pręży zwiędłe piersi przez spuszczonym przypadkowo z klatki koczkodanem, którego wzięto za oficjalnego przedstawiciela Komisji Europejskiej.
W Wiedniu ludzie z Bałkanów modlą się o to, by nie stać się jak ci pobawieni emocji i polotu Austriacy, zaś ci drudzy modlą się o to, by ich synowie i córki nie dali się uwieść luzackiej kulturze bałkańskiej. Na co dzień funkcjonuje coś w rodzaju aksamitnego apartheidu, ale na tyle swoistego, że jakąś nieznaną trajektorią z nieodgadnionym algorytmem dążącym do samounicestwienia. Nie to co w berlińskich dzielnicach jak Kreuzberg, Neukölln, Moabit i Wedding. Wiedeń jest dużo bardziej wysublimowany, nawet Favoriten jest bardziej europejska od wspomnianych wcześniej dzielnic Berlina.
Konkludując, Wiedeń stał się dla mnie ersatzem Bałkanów. Bo w przerwie między zajęciami dydaktycznymi idę do serbskiej knajpy przy Laxenburgerstrasse naprzeciwko Arthaberparku. Zamawiam 5 ćevapi w lepinje z ljutą papriką, ajvarem i kajmakiem plus ajran. Wówczas myślowo i gastronomicznie pogrążam się w odmętach Bałkanów.
Zmagam się z Wiedniem od tylu już lat i wciąż nie znalazłem odpowiedzi na najważniejsze nurtujące mnie pytania dotyczące tożsamości tego miasta i jego przyszłości.






Zostaw komentarz