O tradycji, co przegrała z paragrafem
Są w Krakowie takie drobiazgi, które nie trafiają do przewodników turystycznych, a jednak robią miasto miastem. Nikt ich specjalnie nie ustanawiał uchwałą rady, nikt nie pilnował regulaminem czy punktacją. Po prostu były – jak hejnał z Mariackiego, jak gołębie na Rynku, jak kwiaciarki z kolorowymi parasolami.
I jak ten wieniec biało-czerwonych kwiatów, z jemiołą na szczęście, składany co roku 24 grudnia, w samo południe Wigilii, pod pomnikiem „naszego Adasia” Mickiewicza.
W tym roku wieńca nie było.
Można oczywiście wzruszyć ramionami: Wigilia, handel zamknięty, czasy się zmieniają, pandemia nauczyła nas elastyczności. Tylko że ta tradycja przetrwała rzeczy znacznie cięższego kalibru – wojnę, okupację (gdy nawet zakazana, kwitła po cichu), stan wojenny, lockdowny. Przetrwała, bo rodziła się z serca, nie z papieru. A teraz zniknęła po cichu, bez huku, bez wielkiego protestu. Jakby ktoś zgasił świeczkę przy stole i nawet nie zauważył pustego miejsca.
To nie jest felieton tylko o kwiatach czy jemiole. To felieton o ciągłości – tej, którą w Małopolsce trzymamy uparcie, jak dialekt w codziennej gådce.
Miasto coraz częściej widzi siebie jako zbiór procedur: przetarg, regulamin, równość, przejrzystość, umowa na czas określony. I chwała mu za to – porządek musi być. Ale tradycja nie rodzi się z przetargu. Rodzi się z tego, że babcia, matka, córka przez lata, a potem dziesięciolecia robią to samo, aż w końcu nikt już nie pamięta, kto zaczął – bo ważniejsze jest to, że się nie przestało.
Te kwiaciarki – często z podkrakowskich wsi – to nie tylko sprzedawczynie. To strażniczki pamięci. Te, które witają dostojnych gości bukietami, opiekują się papieskim oknem i co roku mówią „Adasiowi”: dziękujemy za słowa, co silniejsze niż szkiełko i oko.
Jeśli stoisko na Rynku to tylko „miejsce sprzedaży”, to zmieni się właściciel, asortyment, logo – normalna kolej rzeczy. Ale jeśli jest ono nośnikiem zwyczaju, żywego jak gådka krakoska, to warto zapytać: czy nie zasługuje na dożywocie? A przetarg dopiero wtedy, gdy ciągłość naturalnie się skończy – śmiercią, emeryturą, brakiem następców.
A jeśli już koniecznie przetarg, to dlaczego nie wpisać w jego warunki prostego zdania:
„24 grudnia – wieniec biało-czerwony pod pomnikiem Mickiewicza, z jemiołą na szczęście.”
Nie jako gest dobrej woli, lecz obowiązek. Tak naturalny jak otwarcie parasola czy uśmiech do przechodnia.
Bo miasto to nie tylko przestrzeń do zarządzania i strategii rozwoju. To pamięć drobnych gestów – takich, które nic nie kosztują, a znaczą więcej niż niejedna uchwała. Gdy znikają, Rynek nadal tętni: tramwaje jeżdżą, turyści robią zdjęcia, gołębie kradną okruchy. Tylko coś w nim robi się puste – jak nakryte miejsce przy wigilijnym stole, o którym wszyscy wiedzą, że powinno być zajęte.
W tym roku wieńca nie było.
Pytanie brzmi: czy w przyszłym będzie miał kto go położyć?
Oj, czy nie…
Z krakowskim pozdrowieniem i nutą nadziei w te Święta
Zbigniew Grzyb
Z serii: PITOLENIE STAREGO GRZYBA 🍄
Zostaw komentarz