Uczciwy człowiek nie kradnie. Nie oszukuje. Nie wyrządza krzywdy drugiemu, nawet jeśli mógłby na tym dobrze zarobić. A jeśli ma jeszcze odrobinę serca, pomoże potrzebującemu, poświęci własny czas, zdrowie, czasem ostatnie pieniądze. W zamian usłyszy „dziękuję”. Jeśli ma szczęście. Jeżeli szczęścia nie ma, usłyszy, że przecież nikt go o pomoc nie prosił. I tak właśnie wygląda uczciwość w swoim naturalnym środowisku. Bez fleszy, bez kamer, bez konferencji prasowych. Przeważnie również bez wynagrodzenia.
Uczciwość jest bowiem kosztowną przypadłością. Trzeba mieć charakter, żeby na nią cierpieć. Nie daje immunitetu, gabinetu, służbowej limuzyny ani sekretarki. Nie gwarantuje nawet, że człowiek zostanie potraktowany uczciwie przez tych, którym pomógł. Być może dlatego uczciwi ludzie nie pchają się tłumnie do polityki. Mają wystarczająco dużo kłopotów z własnym sumieniem, żeby jeszcze brać odpowiedzialność za cudze.
Ale polityka nie znosi próżni. Szczególnie tej pozostawionej przez przyzwoitość. Wchodzą więc inni. Z uśmiechem.
Serduszko z zamrażarki
Polityczny handlarz uczciwością nie musi być uczciwy. Musi jedynie przekonująco o niej opowiadać. Najlepiej tak często, żeby nikt nie miał czasu sprawdzić, co właściwie robi. Ma do dyspozycji tysiące haseł. Demokracja, praworządność, solidarność, odpowiedzialność, sprawiedliwość, troska o obywatela.
Wszystkie starannie wypolerowane, pachnące świeżym drukiem i gotowe do natychmiastowego użycia. Działają jak guma. Można je rozciągać, skręcać, zawijać, a w razie potrzeby zakleić nimi każdą dziurę. Nawet taką, przez którą w budżecie państwa zmieściłaby się ciężarówka z pieniędzmi, razem z kierowcą, księgowym i komisją śledczą.
Kiedy guma pęka, ogłasza się sukces. Kiedy dziura rośnie, powołuje się zespół do jej monitorowania. A kiedy obywatele pytają, gdzie podziały się pieniądze, odpowiada się, że pytanie jest nieodpowiedzialne i może zagrozić demokracji.
Na wszelki wypadek warto mieć na klapie marynarki serduszko. Najlepiej takie, które przypomina znak firmowy producenta lodów. Wywołuje przyjemne skojarzenia, nie wymaga szczególnych zobowiązań i doskonale nadaje się do schładzania atmosfery, gdy zaczyna robić się gorąco. Serduszko ma jeszcze jedną zaletę: przykrywa miejsce, w którym powinno znajdować się sumienie. Oczywiście nie jest to rozwiązanie anatomiczne. Raczej marketingowe.
Awans za zasługi
W tym osobliwym świecie dobrym uczynkiem bywa już nie pomoc potrzebującemu, lecz odpowiednio wynagrodzona lojalność. Ktoś coś załatwił. Ktoś coś podpisał. Ktoś w porę nie zauważył tego, co zauważyć powinien. Ktoś inny wykazał się szczególną odwagą, polegającą na wykonywaniu poleceń bez zbędnych pytań.
Takiego człowieka trzeba hojnie docenić! Można mu wręczyć medal. Można powierzyć ważne stanowisko. Można nawet awansować go na wiceszefa, żeby odtąd sam pilnował, czy inni wystarczająco gorliwie wykonują propozycje nie do odrzucenia.
Szczególnie przydatny okazuje się tutaj użyteczny idiota. Nie jest to stanowisko wpisane do urzędowego wykazu zawodów. Raczej nieformalna kwalifikacja, zdobywana w drodze praktyki. Kandydat musi umieć potakiwać, uśmiechać się i nie zadawać pytań, na które odpowiedzi mogłyby zaszkodzić jego karierze. Najważniejsze jednak, żeby raz już wykonał polecenie, którego człowiek niezależny nie powinien był wykonać. Wtedy sprawa staje się prosta.
Można go kopnąć pod stołem w kolano. Nie potrzeba nawet znieczulenia. Bo przecież nie odmówił za pierwszym razem. A pierwszy raz jest najważniejszy. To właśnie wtedy człowiek przekracza granicę, za którą każde następne ustępstwo wydaje się mniejsze od poprzedniego.
Najpierw tylko przymyka oko. Potem podpisuje papier. Później tłumaczy, dlaczego papier był konieczny. Wreszcie zaczyna przekonywać innych, że bez tego papieru państwo znalazłoby się w niebezpieczeństwie. I tak, krok po kroku, zostaje specjalistą od uzasadniania własnych kapitulacji. Za to można już dostać naprawdę dobry awans.
Bilet do piekła
Pierwsze ustępstwo wobec sumienia przypomina zakup biletu kolejowego. Człowiek myśli, że jedzie po karierę. Może nawet w pierwszej klasie. Dostaje wygodny fotel, osobny przedział, służbową teczkę i zapewnienie, że podróż zakończy się na stacji „Świetlana przyszłość”.
Początkowo za oknem widać przyjemne krajobrazy. Są uśmiechnięci ludzie, kolorowe transparenty i transparentne, jak zapewnia konduktor, procedury. Potem krajobraz zaczyna się zmieniać. Pasażer zauważa, że pociąg przejeżdża stacje, na których zamierzał wysiąść. Próbuje zapytać o rozkład jazdy. Konduktor uprzejmie radzi mu zająć miejsce.
Przy następnej próbie pytania ktoś kopie go pod stołem w kolano. Nie jest to wprawdzie metoda przewidziana regulaminem przewozów, ale okazuje się niezwykle skuteczna. Pasażer zaczyna rozumieć, że nie podróżuje już w charakterze gościa. Jest częścią wyposażenia. A bilet, który kupił przy pierwszym ustępstwie, ma drobną wadę.
Obowiązuje tylko w jedną stronę. Kiedy za oknem pojawiają się płomienie, konduktor ogłasza przez głośniki, że podróżni mogą podziwiać wyjątkowo piękny wschód słońca. Nikt nie protestuje. W końcu wszyscy jadą ku świetlanej przyszłości.
Uśmiech obowiązkowy
Tak oto dochodzimy do uśmiechniętej uczciwości. Jej podstawową zasadą jest obowiązek dobrego samopoczucia. Nie wystarczy płacić podatków, przestrzegać prawa i cierpliwie słuchać kolejnych zapewnień, że wszystko zmierza we właściwym kierunku.
Trzeba jeszcze się uśmiechać. Szeroko. Najlepiej na każde zawołanie. Uśmiechać się, kiedy obietnica okazuje się nieporozumieniem. Uśmiechać się, kiedy rachunek za to nieporozumienie przychodzi do zapłacenia. Uśmiechać się, kiedy autorzy obietnicy wyjaśniają, że właściwie nigdy niczego takiego nie obiecywali, a jeśli obiecywali, to w zupełnie innych okolicznościach. Nie wolno robić ponurej miny. To mogłoby zepsuć atmosferę. A atmosfera jest przecież najważniejsza.
Jeśli pasażer przestaje się uśmiechać, zostaje uznany za problem. Jeśli zaczyna zadawać pytania, staje się podejrzany. Jeśli domaga się spełnienia obietnic, najwyraźniej nie rozumie historycznej doniosłości podróży. Może więc wysiąść. Ale dopiero na ostatniej stacji. I to na bocznicy. Tam, gdzie odstawia się wagony, które wykonały już swoje zadanie.
Rachunek za szlachetność
Tymczasem ludzie uczciwi cierpliwie płacą za obietnice, których spełnieniem ich pomysłodawcy przestali się interesować niemal natychmiast po wyborach. Płacą pieniędzmi, pracą, czasem, nadzieją i resztkami zaufania.
W zamian otrzymują kolejne obietnice. Jeszcze piękniejsze. Jeszcze bardziej wzruszające. I oczywiście jeszcze uczciwsze od poprzednich. I na kredyt, o którym nie wiedzą.
Człowiek uczciwy robi coś dobrego i nie oczekuje nagrody. Polityczny cynik obiecuje dobro, żąda nagrody z góry, a później wystawia społeczeństwu rachunek za własną szlachetność. Najczęściej bez paragonu. Bo paragon mógłby umożliwić reklamację.
Najbardziej osobliwy moment przychodzi jednak wtedy, gdy ci, którzy uwierzyli, muszą oglądać, jak autorzy niespełnionych obietnic siedzą wygodnie w rządowych ławach parlamentu i rechoczą. Śmieją się szeroko, z pełnym uzębieniem politycznej satysfakcji. Być może z własnych dowcipów. Być może z przeciwników. A może po prostu z przekonania, że wszystko wolno, dopóki publiczność klaszcze. Nie trzeba nawet wiedzieć, co ich rozbawiło. Wystarczy zobaczyć kontrast.
Na dole rachunek. Na górze rechot. Na klapie serduszko. Pod stołem kopniak. I wszystko to w imię uczciwości. Znieczulenie ogólne.
Wiara i cuda
Przysłowie i ludzie mówią, że wiara czyni cuda.
Czasami rzeczywiście pomaga przetrwać rzeczy, których nie sposób byłoby znieść bez nadziei. Ale wiara w polityczne obietnice ma pewną szczególną właściwość. Im częściej zostaje wystawiona na próbę, tym większej dawki znieczulenia potrzebuje. Na początku wystarczy uśmiech. Potem wielkie słowo. Następnie konferencja prasowa, podczas której ktoś z poważną miną zapewnia, że wszystko odbywa się dla dobra obywateli. Gdy i to przestaje wystarczać, potrzebny jest już cały arsenał moralnych deklaracji, patriotycznych uniesień i ostrzeżeń przed katastrofą, która nieuchronnie nastąpi, jeśli przypadkiem władzę obejmie ktoś inny.
I tak oto znieczulenie przechodzi w narkozę. Pacjent nie czuje już bólu. Nie zauważa nawet, że operacja dawno się skończyła, a chirurg zajmuje się właśnie wystawianiem rachunku za amputowane zaufanie.
W sali obok trwa bankiet. Słychać śmiech. Ktoś opowiada dowcip o uczciwości. Wszyscy są zachwyceni. A pacjent śpi. I tylko od czasu do czasu, gdzieś na granicy świadomości, przypomina sobie, że przecież miał być leczony, a nie obrabowany z nadziei. Ale zaraz zasypia ponownie. Bo przecież lekarz się uśmiechał. A serduszko miał naprawdę piękne.
Tak oto wygląda uśmiechnięta uczciwość
Uśmiechaj się, naiwniaku. Uśmiechaj się i nie zadawaj pytań. Pociąg jedzie, bilet skasowany, maszynista nie odpowiada, a konduktor właśnie zamknął drzwi. Historia nabiera rozpędu. Ludzkość się stacza. Obyśmy wszyscy nie skończyli w rowie.
Choć w tym przypadku nawet rów może okazać się luksusem. Pociąg przecież nie zatrzymuje się po drodze. A na końcowej stacji czeka bocznica.
Wiara nie zawsze czyni cuda. Chyba że za cud uznamy fakt, że po tylu rozczarowaniach znieczulenie nadal działa. Bo kiedy uczciwość zasypia, oszust nie musi już kraść po cichu. Wystarczy, że uśmiechnie się do kamery.
A okradziony jeszcze mu pomacha.
I podziękuje za podróż.
Post scriptum
Najpierw klaszczą wodzowi, potem klaszczą jego upadkowi. Ręce te same, tylko okazja inna. A u nas w jaskini mówią, że historia uczy. Gdzie tam. Historia kałem się tuczy. I gorzki śmiech ogarnia, gdy ci, którzy piszą ją na nowo, udają, że niczego nie czują. Tylko okna otwierają coraz szerzej. O ile nie muszą się chować za firankami.
Zostaw komentarz