Prokuratura po ponad 10 latach przerwy wraca do badania afery wizowej w Konsulacie Generalnym RP w Łucku, gdzie sprzedawano wizy.
Tak się składa, że w „Demonie zza miedzy”, czyli mojej nowej, mającej premierę 12 października książce o Białorusi (która, dodajmy, trafiła do druku jeszcze przed wybuchem afery wizowej) poświęciłem aferze w Łucku kilka słów. Ten fragment wydawnictwo chciało usunąć jako nieistotny, ale przy kolejnej redakcji przywróciłem do książki.
Jak dziś pamiętam, kiedy prezydent Szuszkiewicz przyszedł do ambasady z prośbą o wydanie wizy. Oczywiście wiza została wydana, tyle że pół roku później Stanisław Stanisławowicz przyszedł ponownie, znów z prośbą o wizę. Byłem bardzo zdziwiony, bo przecież wizy Schengen można wydać i roczne, i dwuletnie, i pięcioletnie. Uważałem za oczywiste, że były prezydent państwa i człowiek, który był jednym z tych, którzy doprowadzili do rozwiązania ZSRR, powinien dostać pięcioletnią wizę Schengen. Zadzwoniłem więc do konsula i w odpowiedzi usłyszałem, że „im się wszystkim wydaje, że mają dostawać nie wiadomo jakie wizy”. W tym miejscu wyjaśnię, że był to jeden z szeregowych konsulów, a nie przebywający wówczas na urlopie konsul Marek Martinek, z którym współpracę bardzo sobie ceniłem.
W tym miejscu nie mogę pominąć pewnej, będącej co prawda dygresją, ale ważnej historii. Niedługo po opisywanej powyżej epopei z wizą dla prezydenta Szuszkiewicza konsul Martinek został skierowany do Łucka w Ukrainie. Chwilę później okazało się, że między innymi w Łucku wydawano wizy, które były, mówiąc krótko, sprzedawane. Postanowiono w związku z tym odwołać dyscyplinarnie konsula Martinka, chociaż nie miał on ze sprawą nic wspólnego, bo dopiero co objął placówkę. Konsula, który był konsulem generalnym w Łucku w czasie, kiedy afera kwitła, do odpowiedzialności rzecz jasna nie pociągnięto. Tego rodzaju historii robienia niebywałych świństw i znajdowania kozłów ofiarnych, a równocześnie krycia ludzi, którymi powinien się zająć prokurator, w MSZ są niestety dziesiątki. Wiem, że konsul Martinek nigdy nie uzyskał satysfakcji. Korzystając z tego, że jestem dziś dziennikarzem, a nie urzędnikiem, świadomie pozostawiam tę dygresję, licząc, że może chociaż te kilka słów w książce będzie miało dla niego znaczenie. Na to, że doczeka się przeprosin ze strony państwa, które go skrzywdziło, nie może on bowiem, jak uczy doświadczenie, liczyć.
Proszę o maksymalny repost. Niech się uczciwy, a skrzywdzony przez Polskę człowiek dowie, że świat już wie, że był porządnym urzędnikiem państwowym.
Autor: Witold Jurasz
(tekst pochodzi z konta Witolda Jurasza na Facebook’u).
Zostaw komentarz