„Wspólna wizja Europy” – to jedno z tych zdań, które w Brukseli wypowiada się z taką powagą, jakby ktoś ogłaszał nowy rozdział historii ludzkości. Pada w przemówieniach, komunikatach i panelach dyskusyjnych. Problem polega tylko na jednym drobnym szczególe: nikt nigdy nie zapytał Europejczyków, czy chcą w tej wizji występować w ogóle jako statyści.
Bo gdy europejskie elity mówią o „naszej wizji”, to słowo „naszej” ma bardzo szczególne znaczenie. Nie oznacza ono obywateli. Oznacza raczej zamknięty ekosystem brukselskiej polityki: komisarzy, doradców, ekspertów od integracji, think-tanków i zawodowych uczestników konferencji, którzy od trzydziestu lat spotykają się na tych samych panelach i wciąż odkrywają tę samą Europę – oczywiście tę, którą sami właśnie zaprojektowali.
Demokracja w tej opowieści jest mile widziana, o ile nie przeszkadza.
Kiedy wyborcy głosują „jak trzeba”, mówi się o triumfie europejskich wartości. Kiedy głosują inaczej – zaczyna się poważna debata o „problemie populizmu”. To elegancki sposób powiedzenia: wyborcy znowu pomylili kartę do głosowania z instrukcją obsługi projektu europejskiego.
A przecież „wspólna wizja” ma swoją świętą genealogię. Wystarczy wspomnieć o różnych manifestach integracyjnych, traktowanych dziś przez część europejskiej klasy politycznej niemal jak teksty objawione. Dokumenty pisane w czasach, gdy kontynent leżał w ruinach, czyta się dziś jak scenariusz, który – niezależnie od wszystkiego – musi zostać zrealizowany.
Nieważne, że od tamtej pory minęło kilkadziesiąt lat, zmieniły się społeczeństwa, gospodarki i polityka. Scenariusz jest. Trzeba tylko dopilnować, żeby aktorzy – czyli obywatele – nie improwizowali za bardzo.
W Parlamencie Europejskim większości powstają w drodze kompromisów tak finezyjnych, że przeciętny wyborca może je zrozumieć mniej więcej tak dobrze jak algorytm działania CERN-u. Ale gdy ktoś ośmieli się zapytać, kto właściwie kieruje tym całym projektem, odpowiedź jest natychmiastowa: „Europa to wspólnota wartości”.
Wartości – jak wiadomo – mają tę zaletę, że nie trzeba ich wybierać w wyborach.
Najbardziej fascynujące w całej tej historii jest jednak przekonanie elit, że projekt europejski jest czymś w rodzaju historycznej konieczności. Nie polityczną propozycją, którą można przyjąć albo odrzucić, ale czymś w rodzaju kontynentalnego przeznaczenia. Jeśli ktoś ma wątpliwości, to nie dlatego, że się nie zgadza – tylko dlatego, że jeszcze „nie zrozumiał”.
To bardzo wygodna filozofia władzy. Pozwala mówić o demokracji, jednocześnie traktując jej wyniki jak usterkę systemu.
A tymczasem prawdziwy problem z „wspólną wizją Europy” jest banalnie prosty. Wizje są w polityce normalne. Partie mają wizje, ruchy społeczne mają wizje, nawet pojedynczy politycy mają wizje. Ale wizja staje się wspólna dopiero wtedy, gdy ludzie mogą ją odrzucić.
Jeżeli nie mogą – to nie jest wizja wspólnoty.
To jest projekt architektów.
I jak każdy projekt architektów, wygląda najlepiej na makiecie.
Dlatego kiedy następnym razem ktoś w Brukseli powie o „naszej wspólnej wizji Europy”, warto zadać jedno proste pytanie: czyjej dokładnie? Bo jeśli odpowiedź brzmi „naszej”, to dobrze byłoby wreszcie ustalić, kto właściwie mieści się w tym zaimku.

Zostaw komentarz