Po publikacji mojego tekstu o Grzegorzu Braunie (czytaj tu) zostałem zasypany komentarzami, że „nie przeczytałem programu”, że „program oczywiście istnieje” i że powinienem zajrzeć na stronę Korony Polskiej. Zajrzałem. Przeczytałem cały oficjalny program — i właśnie po tej lekturze powstał ten felieton.
Program Grzegorza Brauna przyciąga wielu ludzi zmęczonych III RP, wasalizacją wobec Brukseli, ideologiczną przemocą Zielonego Ładu i państwem, które coraz częściej działa przeciwko własnym obywatelom. Ta diagnoza jest w dużej mierze trafna. Problem polega jednak na czymś innym: diagnoza to jeszcze nie jest zdolność rządzenia.
Braun nie proponuje programu państwowego. Proponuje manifest.
I to jest różnica zasadnicza.
Manifest może poruszać emocje, mobilizować gniew i sprzeciw, ale państwo nie działa na emocjach. Państwo działa na procedurach, pieniądzach, instytucjach i odpowiedzialności za skutki decyzji. I właśnie w tym miejscu program Brauna zaczyna się kruszyć.
Hasło „Polexit dobrze przygotowany” brzmi odważnie, ale nie odpowiada na pytanie: jak?
Jak zabezpieczyć handel? Jak utrzymać stabilność walutową? Jak ochronić przemysł, energetykę, granice? Jak nie wpaść w chaos, który zawsze uderza w najsłabszych?
Wyjście z Unii Europejskiej bez twardych, wyliczonych zabezpieczeń nie jest aktem suwerenności, lecz ryzykiem destabilizacji. Suwerenność nie polega na tym, że krzyczymy „dość”, tylko na tym, że jesteśmy przygotowani na konsekwencje własnych decyzji.
Jeszcze wyraźniej widać ten problem w sferze gospodarczej. Likwidacja PIT, CIT, ZUS, państwo minimum, deregulacja wszystkiego, co się da — to są hasła, które doskonale znamy. Pisałem o tych „wolnościowych” bzdurach wielokrotnie: liberalizm i wolnorynkowy dogmatyzm nie budują państwa, tylko je rozmontowują. Poza tym jest to czysta teoria — nieistniejąca w żadnym realnym państwie, chyba że na Marsie. To właśnie ta logika przez lata sprawiała, że Polska była tanim zapleczem, rynkiem zbytu i montownią cudzych interesów.
Silne państwo narodowe nie może opierać się na micie, że „rynek wszystko załatwi”. Te stuletnie historyjki już nie działają. Armia, infrastruktura, bezpieczeństwo energetyczne, przemysł strategiczny — to wszystko kosztuje. Nie da się tego utrzymać hasłem o „wolności przedsiębiorczości”. Wolny rynek bez państwa kończy się zawsze tak samo: silniejszy pożera słabszego, a rachunek płaci wspólnota.
I tu pojawia się zasadnicza sprzeczność.
Braun chce silnej, suwerennej Polski, ale proponuje rozwiązania charakterystyczne dla państwa kruchego, rozbrojonego finansowo i instytucjonalnie.
Podobnie jest z polityką zagraniczną. Deklaracja, że „nie wyśle polskich żołnierzy na cudze wojny”, jest zrozumiała i nośna. Ale neutralność nie oznacza samotności. Państwa nie funkcjonują w próżni. Albo budujesz sieć realnych sojuszy, albo stajesz się obiektem cudzych gier. W programie Brauna nie ma żadnej spójnej wizji takiej architektury bezpieczeństwa.
Najbardziej rozczarowujący jest jednak styl. Katolicyzm, tradycja, historia — wszystko to staje się u Brauna hasłem, a nie fundamentem mądrej polityki. Wiara nie jest transparentem. Tradycja nie jest pałką. Jeśli sprowadza się je do gestów i prowokacji, przestają być źródłem siły, a zaczynają być elementem politycznego performansu.
Władzy nie zdobywa się racją.
Władzy nie zdobywa się nawet prawdą.
Władzę zdobywa się zdolnością budowania większości i struktur — a tego w tym projekcie nie widać.
Grzegorz Braun trafnie czuje, że państwo polskie zostało rozbrojone — ideowo, instytucjonalnie i moralnie. Ale zamiast planu odbudowy oferuje gest sprzeciwu. Zamiast strategii — manifest. Zamiast odpowiedzialności — radykalizm.
A państwo to nie jest scena dla gestów.
Państwo to odpowiedzialność za ludzi, którzy nie mają luksusu ideologicznej czystości, bo muszą po prostu normalnie żyć.
I właśnie dlatego ten program — mimo słusznych intuicji — nie przechodzi próby państwowej powagi.