Dwa tygodnie temu  zmarł nagle i nieoczekiwanie, pogrążając  swoich najbliższych w bezbrzeżnym smutku — Wojtek.

Akurat w tym przypadku  nie odczuwam, swoistej dla starego człowieka satysfakcji, że kogoś przeżyłem, tylko poruszony  jego odejściem, przewijam taśmy wspomnień, w których występują, poza Wojtkiem — jego rodzice doktor Witold Banaś i jego mama Maria Stypułówna z domu, brat Antek, siostry Marysia i Ania, a także ich niania czy też gosposia, zawsze pogodna pani, która na co dzień sprawowała rządy w otoczonej ogrodem wilii, wynajmowanej przez doktorostwo. Pamiętam również, spoglądającego na nas, szczeniaków trochę z góry — Rafała jego kuzyna, który przygotowywał się do matury w wadowickim liceum. Wspominam,  a jakże również  jego dosyć  tajemniczego stryja, który, czego nie bardzo mogłem zrozumieć…  nosił inne niż Wojtek  nazwisko, a także  jego żonę trochę ekscentryczną panią o rudych włosach i barwnych garsonkach. Dzielnych ludzi, którzy w  „Prochowni” przy  wyjeździe z miasta w kierunku Choczni  w warunkach socjalistycznej gospodarki prowadzili prywatny interes, chyba z bloczkami  wytwarzanymi z betonu. Pamiętam także przyjaciółkę  siostry Wojtka  Marysi – Baśkę Sołtysikówną, również jej ciotkę, która strzegła ją przed podchodami prowincjonalnych Don Juanów. Psa też pamiętam, ale mam,  jakąś zbitkę wspomnienia, w którym  raz, jest on kudłaty biały, innym razem …podobny do wilczura. Najlepiej pamiętam motocykl doktora – „Panonię”, którego  to Wojtek wykradał ojcu i wyprawialiśmy się nim nad Choczynkę.

Koło jazu na tej rzeczce można było się bardziej moczyć, niż kąpać, dlatego w lecie chodziliśmy popływać w Skawie koło mostu kolejowego. A jak już trochę podrośliśmy to — wyprawialiśmy się do Czartaka na Skałki. Wojtek na rowerze, a ja jakąś okazją, bywało, że furmanką wożącą mleko. Moja siostra Marysia, twierdzi, że Wojtek był po mnie najprzystojniejszym w miasteczku niczym Gregory Peck chłopcem, ale to przesada. Najprzystojniejszy był Wacek Mielnicki, ale on od nas był znacznie starszy, więc nie stanowił dla nas konkurencji.

Doktorostwo Banasiowie należeli  niewątpliwie do wadowickiego high life, w której — rej  wodziła żona dra Türschmidta. Z tego kręgu wywodziły się interesujące wtedy nas panny  córka wspomnianych Turschmidtów — Tula,  urocza Marysia Tenschertówna i ich koleżanki, ale czy  one były obiektami naszych westchnień, jako że obaj mieliśmy  dziewczyny w domu, i  pewnie  przez to trzymaliśmy się od płci przeciwnej trochę z daleka — nie pamiętam ?

Pierwszy raz zobaczyłem Wojtka siedemdziesiąt z górą lat temu. Ja jestem od niego  starszy o dwa lata i dobrze pamiętam  utrwalony na kliszy wspomnienia obraz zajeżdżającego dużym kabrioletem z dwójką dzieci pod nasz dom doktora Banasia. Doktor wkładał mi srebrną łyżeczkę od herbaty do gardła i oglądał moje zagrożone wycięciem migdałki. Mimo wtedy mody panującej na ich — profilaktyczne wycinanie ojciec Wojtka zabiegu nie zalecił. Bardzo możliwe, iż właśnie w migdałkach skumulowałem tak wyraziste o Banasiach wspomnienia. Doktor Banaś życzliwie odnosił się do naszej z Wojtkiem przyjaźni, tak samo moja śp. Matka, której jeśli moją zażyłość z wnukiem Zegadłowicza Adamem spędzała sen   z oczu, to Wojtka uważała za odpowiedniego dla mnie kolegę.

W latach pięćdziesiątych ojciec Wojtka za współpracę z antykomunistycznym podziemiem, tuż po zakończeniu wojny stał się obiektem prześladowań. Mam w swoich zbiorach część dokumentacji służby bezpieczeństwa z tamtego okresu, głównie opisujących działania — zmierzające do wyeliminowania lekarza Banasia z miejscowego środowiska, sporządzone przez:   uwaga — dziadka incydentalnego  mam nadzieję  w Wolnej Polsce burmistrza Wadowic — porucznika  UB Klinowskiego!

Państwo Banasiowie wtedy przeprowadzili się do Jaworzna, następnie do Nowego Targu. W tamtym czasie Wojtka spotkałem w Krakowie, gdzie studiował geodezję, jako dającą, jak mawiał… najszybciej wyższe wykształcenie, ale Jego pasją już wtedy był teatr. Namawiał mnie też do tego, żebym się związał ze środowiskiem w zasadzie amatorskiego Teatru Kolejarza, jako  statysta, a po zdobyciu doświadczenia, ubiegał się o ich zaliczenie  stażu w tym teatrze w eksternistycznym egzaminie aktorskim.

Potem tak wyszło, że  mieliśmy dziesięcioletnią przerwę w kontaktach, tylko parę razy spotykaliśmy się na cmentarzu, przyjeżdżając do Wadowic na Wszystkich Świętych. W tym czasie pracował za prezesury osławionego Szczepańskiego — w redakcji programów dziecięcych TVP. Potem objawiła się Wolna Polska, ja znalazłem swoje miejsce w prowincjonalnej polityce. Wojtek  zaś  wtedy  stworzył własny teatr.

Raz, czy nawet dwa razy, nocowałem na Anielewicza, poznałem wtedy Agatę, jego żonę, żyła wtedy jeszcze jej mama. Kiedy pracowałem w Starostwie Głubczycach wtedy nasze kontakty przez  regularne spektakle w tym mieście, uległy zacieśnieniu. Po zakwaterowaniu  po przedstawieniach, bo bywało, że  odbywały się dwa spektakle jeden po drugim  ansamblu  Teatru Banasiów w hotelu — pojawiał się u mnie.

Wtedy  popijając koniaczek, albo wino snuliśmy nie tylko  wspomnienia z dzieciństwa, przywołując do istnienia osoby nam bliskie, których już na tym świecie nie było, ale rozmawialiśmy o sprawach, które szczególnie go nurtowały. Pierwszą z nich było odszukanie miejsca, w którym zostały pochowane zwłoki zamordowanego przez Sowietów na terenie dzisiejszej Litwy – wuja Wojciecha Stypuły. Drugą sprawą było — oczyszczenie ojca Wojtka  z zarzutu współpracy z komunistyczną bezpieką.

Instytut Pamięci Narodowej  w katalogu  funkcjonariuszy , wymieniał  bowiem  doktora Witolda Banasia.

A brało się to z tego, iż  z akt wynikało, że  był on w tym czasie lekarzem więziennym w wadowickim kryminale, a także lekarzem kontraktowym UB w nadzorowanym przez nich obozie filtracyjnym dla folksdojczów i innych osób współpracujących w czasie wojny z Niemcami.

Szczególnie  zaabsorbowany  był Wojtek, aż  mi przez gardło przejść nie chce… świętej pamięci — sprawą odnalezienia grobu porucznika Bartka, jego wuja.

Na podstawie z nim rozmów zamieściłem w Internecie tekst „Żołnierz poeta nie całkiem zginął”, który zyskał taką popularność, że kiedy w wyszukiwarkach pojawiało się nazwisko bohaterskiego jego wuja — Wojciecha Stypuły,   w pierwszej  kolejności  w wyszukiwarkach — pojawiał się link do tego artykułu.

Ja jestem pełen podziwu dla niego, że  jakby przeczuwając swój kres — zamknął  nurtujące  go sprawy.

Bo  odnaleziono przez  ekipę poszukiwawczą IPN   — miejsce ostatniego spoczynku  brata jego mamy, po którym odziedziczył imię — Wojciecha Stypuły, co umożliwiło  zorganizowanie w Wadowicach uroczystego pogrzebu bohatera.

Równocześnie  finansując i inspirując — badania nad antykomunistycznym podziemiem w powiecie wadowickim Wojtek — doprowadził do zmiany  redakcji  biogramu ojca w katalogu funkcjonariuszy IPN.

Teraz bowiem  bez niedomówień jest w nim — napisane cytuję:

„Imiona: Witold Nazwisko: Banaś Miejsce urodzenia: NOWY SĄCZ Data urodzenia: 05-03-1913 Imię ojca: Antoni Imię matki: Zofia Dodatkowe informacje: Pracownik kontraktowy. ///

29.01.1947 aresztowany przez PUBP w Wadowicach, a następnie przekazany Wojskowej Prokuraturze Rejonowej w Krakowie z powodu współpracy z oddziałem „Mściciela”. Po osądzeniu — zwolniony na mocy amnestii.”

Popularne porównanie życia do podróży, najtrafniej charakteryzuje  styl zmarłego przyjaciela, bo  z pewnością Wojtek będzie zapamiętany jako niezmordowany wojażer, przemieszczający się wytrwale z miejsca na miejsce, ze spektaklami „Teatru Banasiów”, aż do samego końca wyznaczonej mu przez los drogi.

Szczególnie  przy tym należy podkreślać, iż jego działalność w tym zakresie, nie była żadną tam niszą,  w którą się  schował — tylko artystycznym, świadomym i jakże potrzebnym   adresowanym do najmłodszej widowni wyzwaniem, rozbudzającym ich wyobraźnię.

Z wielkim talentem Wojtek i  jego aktorzy  wprowadzali  zafascynowane tym dzieci do  świata baśni, w którym wszystko  mogło  się zdarzyć, ale,  w którym — zawsze dobro zwyciężało nad złem.