W sieci krąży tekst trochę modyfikowany z potrzeby , jak to się teraz modnie mówi wybrzmienia problemu lewackiej gorliwości w pozbawianiu, zwłaszcza tych uboższych rodziców, którzy np. nie chcą swojemu „bachorowi” kupić smartfona itp. – władzy rodzicielskiej.

„Na szczęście nasi starzy nie wiedzieli, że są patologicznymi rodzicami. My nie wiedzieliśmy, że jesteśmy patologicznymi dziećmi. W tej słodkiej niewiedzy przyszło nam spędzić nasz wiek dziecięcy. Wspominamy z nostalgią lata 80. Wszyscy należeliśmy do bandy osiedlowej i mogliśmy bawić się na licznych budowach. Gdy w stopę wbił się gwóźdź, matka go wyciągnęła i odkażała ranę fioletem. Następnego dnia znowu szliśmy się bawić na budowę. Matka nie drżała ze strachu, że się pozabijamy. Wiedziała, że pasek uczy zasad BHZ (Bezpieczeństwo i Higiena Zabawy). Nie chodziliśmy do prywatnego przedszkola. Rodzice nie martwili się, że będziemy opóźnieni w rozwoju. Uznawali, że wystarczy, jeśli zaczniemy się uczyć od zerówki…”

To dosyć obrazowo przedstawiona kwintesencja niedojrzałości do bycia tatą czy mamą pokoleń urodzonych, tak jak ja podczas wojny. Żyliśmy wtedy w niesłychanie siermiężnych warunkach socjalistycznego realizmu, w którym dosłownie wszystkiego brakowało. W zasadzie wszyscy, poza nielicznymi wyjątkami byli biedni i to nie z powodu braku wykształcenia, marnej gorliwości do nauki zapewniającej awans społeczny. Nie, wprost przeciwnie – robotnik z łopatą, jeśli nie przychodził do pracy pijany, zarabiał akordową dniówkę – równą tygodniowemu wynagrodzeniu nauczyciela, pielęgniarki a nawet lekarza. Ustrój zapewniał absolutnie demokratyczną pauperyzację. W wyniku, której metody wychowawcze , jakże odbiegały od dzisiejszych oczekiwań”

Nikt nie latał za nami z czapką, szalikiem i nie sprawdzał czy się spociliśmy. Z chorobami sezonowymi walczyła babcia. Do walki z grypą służył czosnek, miód, spirytus i pierzyna. Dzięki temu nie stwierdzano u nas zapalenia płuc czy anginy. Zresztą lekarz u nas nie bywał, zatem nie miał szans nic stwierdzić. Stwierdzała zawsze babcia. Dodam, że nikt nie wsadził babci do wariatkowa za raczenie dzieci spirytusem. Do lasu szliśmy, gdy mieliśmy na to ochotę. Jedliśmy jagody, na które wcześniej nasikały lisy i sarny.” Rozmyślając o tym , czuję duże zakłopotanie , jakby ktoś mnie… ojcu trojga prawie w jednym wieku dzieci precyzyjnie wyliczał popełnione grzechy. Teraz one, te niby ofiary naszych niekompetencji rodzicielskich pociechy , są już dziadkami, będą wkrótce babkami . I z rozrzewnieniem wspominają nie margines, ale całe strony swobody, jaką im zapewnialiśmy, jednocześnie stosując współczesny terror rodzicielski, który na nic niekontrolowanego w życiu dziecka nie powala. Obserwując tę paradoksalną sytuację wspominam , nasze to jest w piątkę i psa wyprawy kajakowe, podczas których nasze dzieci doświadczały braku podstawowych wygód i bogactwo obcowania z przyrodą, niczym W lecie leśnych ludzi” Rodziewiczównej. Ech!

Ilustracja przedstawia naszego syna lat 7, który niczym galernik zmuszony był do wiosłowania, za co pewnie Sąd Rodzinny , odebrałby nam jego i powierzył kompetentnej pieczy.