Miałam najrozmaitsze Sylwestry. W bardzo pięknych miejscach. Prawdziwe bale. Też w bardzo pięknych miejscach.

Ale najwspanialszy Sylwester był 31 grudnia 1981 roku. W trzy tygodnie po ogłoszeniu stanu wojennego. Nie robiliśmy planów. Mieli przyjść nasi sąsiedzi, Krysia i Andrzej Sieroszewscy z córką, rówieśniczka naszego syna.

Młodzi mieli sobie gawędzić i słuchać taśm z piosenkami, My tak samo. Przygotowałam pasztet bez wątróbki, ale zaciemniony wywarem z grzybów, zupke z serków topionych, a Krysia przyniosła keks angielski. Jako ciepłe danie miała wystąpić kiełbasa w sosie pomidorowym z dużą ilościa naci selera. Nazwana dla elegancji i z węgierska „gjuweczem”. Jednym słowem. uczta luksusowa.

Potem jednak wszystko się zmieniło. Przyszło trzydzieści osób. Znajomi, wcale nie zaproszeni, wpadali, bo było im „po drodze’ ze swoimi znajomymi. Wszyscy mówili, że szli „zdobywać Belweder”, ale zimno im było w nogi, Łazienki zamknięte, więc pomyśleli o nas….

Na szczęście pomyśleli też o tym, żeby nas wzmocnić na ciele. Przynosili, co kto miał. Góra tego była. Ugotowałam barszcz i żur „z torebek” do popijania, ale goście uważali, że najlepiej popija się wszystko wódeczką. No i popijali.

Sąsiedzi z naprzeciwka i z dołu oraz zza ściany także przyszli, bo „spać się nie dawało”, więc lepiej się pobawić. Na szczęście też przynieśli wcale nie małe „co nieco”.

Ponieważ była chyba jakaś godzina policyjna tyle, że przełożona z godziny 21 na późniejszą, więc goście nie chcieli wracać do domu. Ani pieszo, ani samochodami.

Zresztą ich „maluchy” i tak w mróz by przecież nie ruszyły. Więc pokładli się spać. W pokoju dziecinnym, na ośmiu metrach kwadratowych spało dziewięcioro nieletnich. Reszta na pozostałych niecałych trzydziestu metrach. No – będę sprawiedliwa – sąsiedzi poszli do siebie, a Sieroszewscy też zabrali kilka osób do siebie.

Rano zjedliśmy obfite śniadanie popijane tym razem mlekiem. Mleko znieśli nam sąsiedzi z całej klatki, bo rozumieli, że to najbardziej potrzebna „pierwsza pomoc”.

Do dziś nie wiem, kto wtedy był, bo już nigdy więcej tych ludzi nie spotkałam. Ale jeśli ktoś pamięta tego Sylwestra, to pozdrawiam. Dziękuję, że na nim był. Bo wszyscy byli jednakowo mili, weseli, serdeczni i wznosili ten sam toast, kiedy nasz majestatyczny zegar wybijał północ: „Wiosna nasza!”. Wprawdzie nie była to wiosna najbliższa, ale jednak takiej „naszej” wiosny żeśmy się doczekali.

Autor: Jolanta Makowska
Absolwentka socjologii UW, doktorantka Instytutu Pedagogiki, dziennikarka i publicystka m.in. Twojego Dziecka, „Przegladu Katolickiego”, „Przegladu Tygodniowego”, „Listu do pani”, redaktorka „Wiadomości o Senacie”, autorka książek dla dzieci, ksiażek wspomnieniowych, varsawianów oraz wielu powieści obyczajowych