Premier Keir Starmer, prezydent Emmanuel Macron, kanclerz Friedrich Merz, i niegdysiejszy Król Europy premier Donald Tusk udali się niedawno pociągiem z Przemyśla do Kijowa. Pierwszych trzech polityków w jednym wagonie, premier Tusk kilka wagonów dalej. Jak lokaj i chłopak na posyłki.

Trudno chyba o większe upokorzenie. Pytanie czy polskie MSZ wiedziało o takim przydziale miejsc, a powinno, bo to z Polski wyruszył ten „dyplomatyczny” pociąg. Jeśli nie wiedziało – źle, jeśli wiedziało – to bardzo niedobrze.

Jeśli prawdą jest, że to strona ukraińska zdecydowała o takim rozłączeniu delegacji, to jest to przynajmniej powód do zawezwania ambasadora Ukrainy do polskiego MSZ i poważnej rozmowy na temat dalszej współpracy polsko-ukraińskiej.

Tusk odgrywał rolę piątego koła u wozu i chyba trudno o lepszy dowód na to, że nie mamy w polityce międzynarodowej nic do gadania. Powinien był wówczas opuścić ten pociąg i wystawić słony rachunek za prawo do wjazdu ukraińskiego pociągu na stację w Przemyślu.

Napluli nam spektakularnie w twarz Ukraińcy, ale też Niemcy, Francuzi i Brytyjczycy. Przede wszystkim jednak sami zrobiliśmy sobie krzywdę godząc się na takie potraktowanie.

Wstyd i hańba.