Moja prognoza:

Przy bardzo wyrównanej sondażowo potyczce w amerykańskich wyborach prezydenckich decydować będzie frekwencja a nie sympatie wyborców. Tutaj niestety przewagę ma Kamala Harris.

Wielkomiejscy wyborcy są liczniejsi i bardziej zdeterminowani do udziału w wyborach, dlatego – uważam – ich głos w tej sytuacji minimalnie przeważy.

Jeśli się nie mylę, to znowu zdecyduje postawa „nasza chata skraja” – typowa dla republikańskich wyborców prowincjonalnych, którzy często z różnych powodów nie nie znajdują motywacji do udania się do punktu wyborczego a zarazem – opuszczają głosowanie korespondencyjne.

Natomiast uważam, że zwycięstwo Kamali Harris będzie naprawdę niewielkie – być może różnica głosów będzie najmniejsza w historii.

Niepokoi niedawno odnotowany wzrost poparcia dla Kamali Harris w ważnym dla Republikanów okręgu Des Moines w stanie Iowa. Jest to największe miasto tego stanu uważanego dotąd przez sztab Donalda Trumpa za „pewniaka”. Wg sondażu Selzer & Company – uważanego za bardzo wiarygodny – Harris prowadzi tam obecnie trzema punktami. Co ciekawe – dokładnie tyle samo debili zdeklarowało w tym samym sondażu poparcie dla „niezależnego” Roberta Kennedy’go, który jednak zrezygnował z kandydowania i poparł Donalda Trumpa, ale zrobił to zbyt późno, żeby zgodnie z prawem tego stanu Komisja Wyborcza mogła wykreślić go z arkuszy wyborczych.

Koniec wyborów w USA już za dwa dni, ale pamiętajmy, że w tym kraju liczenie głosów trwa niezraz wiele dni, więc nie spodziewajmy się oficjalnych wyników przez weekendem. Zarazem – dłużej trwa tam zliczanie głosów w gęsto zaludnionych okręgach demokratycznych, zatem ostrzegam przed przedwczesnym ogłaszaniem zwycięstwa Donalda Trumpa.