Irańskie strzelanie to trochę taka jazda figurowa na lodzie; robią to tak:
– żeby wszystkich dookoła, współpracujących z Żydami i Amerykanami, zabolało, żeby ponieśli koszty,
– żeby jednak nie przesadzić i nie sprowokować większej mobilizacji przeciwko sobie,
– żeby przez dłuższy czas wystarczyło im rakiet, a przede wszystkim niezniszczonych przez wroga wyrzutni,
– na tyle intensywnie żeby realnie nadwyrężać arsenał wrogów.
Tutaj pojawia się najciekawsze zagadnienie, czyli kwestia proporcji izraelskich oraz amerykańskich środków obrony i przechwytywania w stosunku do irańskich możliwości strzelania. Doniesienia z ubiegłego tygodnia mówiły o ograniczonych liczbach w amerykańskich arsenałach w tym względzie.
Jak jest naprawdę? Chyba nikt nie udzieli na to pytanie wiążącej odpowiedzi, bo żadna ze stron nie ujawnia w jakim tempie napastnikom udaje się niszczyć zdolności irańskiego systemu rakietowego. Mamy więc wyścig z czasem ale i swoisty wyścig na materiałowe wyczerpanie.
Jedyną analogią jest czerwiec ubiegłego roku, kiedy po pierwszych, dużych salwach, irański ostrzał Izraela co do zasady słabł. Niemniej, nawet zdolność do wystrzelenia kilkudziesięciu czy kilkunastu rakiet dziennie jest sytuacją, w której cały region musi non stop „stać na baczność”, co sprawia, że koszty gospodarcze dla wielu państw są potężne.
Należy domniemywać więc, że Iran idzie w taką właśnie strategię, która może napastników oraz ich sojuszników sporo kosztować. O ile, oczywiście, w Teheranie przy życiu pozostaną ludzie będący w stanie koordynować walkę i wydawać rozkazy…
Autor: Robert Winnicki
Polski polityk, w latach 2009–2013 prezes Młodzieży Wszechpolskiej, jeden z twórców oraz pierwszy prezes Ruchu Narodowego, poseł na Sejm RP VIII i IX kadencji.
Zostaw komentarz