Przez minione lata polska polityka wschodnia, zwłaszcza ta realizowana przez rząd Zjednoczonej Prawicy opierała się na bezwarunkowym wspieraniu Ukrainy. Logika była prosta: Polska i Ukraina podzielają cel strategiczny, jakim jest umowne „zniszczenie Rosji” a w praktyce – definitywne wyparcie wpływu rosyjskiego na sprawy europejskie.
Jednak postawa mocarstw zachodnich w 2022 r. wywróciła tę strategię do góry nogami. Ograniczając i spowalniając wspracie wojskowe Zachód zatrzymał genialną ukraińską kontrrowensywę, doprowadził do zamrożenia linii frontu na rok, ale zarazem – pozwolił Rosjanom na dostosowanie strategii wojennej doprowadzając tak do przekształcenia konfliktu w wyniszczającą przede wszystkim dla Ukrainy wojnę pozycyjną, która obecnie przybiera kształt nawracających, coraz potężniejszych fal rosyjskiej ofensywy. Zarazem okazało się, że optymistyczne założenia szybkiego bankructwa państwa rosyjskiego w wyniku wprowadzanych sankcji nie znajdują potwierdzenia, że Rosja uzyskuje wsparcie z Chin, Indii, Iranu, Korei Północnej, itd. – które chociaż jest oportunistyczne i dla Rosji w ogólności nieoptymalne, to wystarczające na czas wojny.
Obecnie widzimy dość jednoznacznie, że Zachód przygotowuje się do „zgniłego pokoju” na Ukrainie. Przywódcy mocarstw zachodnich dokonali oceny możliwości szybkiego wyparcia Rosji z okupowanych przez nią terytoriów ukraińskich, dokonali oceny kosztów takiego przedsięwzięcia oraz wiążących się z nim ryzyk i uznali, że nie leży to w ich interesie.
Zachód jest bowiem ogólnie niewydolny militarnie, poważne siły i środki zostały już zużyte, Amerykanie są zbyt rozciągnięci a ich uwaga strategiczna jest absorobowana przez kwestie azjatyckie, zaś odcięcie gospodarek europejskich od tanich surowców i źródeł energii z Rosji podważyło bilanse państw europesjkich akurat w środku procesów transformacji energetycznej pochłaniających ogromne środki. Szczególnie odbiło się to na gospodarce niemieckiej, co doprowadziło do rosnących w tym kraju napięć społecznych wyrażających się rosnącym poparciem dla (silnie prorosyjskiej) prawicy.
Z punktu widzenia Warszawy widzimy też, że polityka bezwarunkowego wsparcia Ukrainy zaowocowała szczególnie dla nas niekorzystną asertywnością władz ukraińskich, które uznawszy, że „wycisnęły” z Polski już wszystko co się dało, zaczęły cynicznie wrzucać nas pod autobus i całkowicie przeorientowały swoją politykę na Niemcy. Można na przykład próbować zrzucać na kanclerza Scholza winę za wypchnięcie Polski z grona państw zaproszonych na berlińskie negocjacje, ale nie da się na niego zrzucić winy za nieprzekazanie Warszawie przez Kijów tajnych aneksów do planu Zeleńskiego. A przecież to zaledwie jeden z licznych dysrespektów z jakimi polska dyplomacja spotyka się w relacjach z Ukrainą od dłuższego już czasu. Mówiąc wprost – Kijów przestał Warszawę traktować już nawet nie tyle „z wdzięcznością”, ale po prostu podmiotowo i widać wyraźnie, że od dawna prowadzi ponad naszymi głowami rozmowy z Berlinem układając się co do warunków zakończenia wojny i powojennego kształtu europejskiej polityki wschodniej.
Doszło do tego, że prezydent Zeleński pozwolił sobie na zaproponowanie mocarstwom zachodnim wzięcia przez Ukrainę roli wojskowego „gwaranta” pokoju na wschodzie – nie dość, że zupełnie występując przed szereg, to w dodatku w sposób całkowicie nieuzgodniony z Polską, która również ma tu pewne aspiracje.
Zasadniczo, z różnych wypowiedzi ukraińskich oficjeli wynika jednoznacznie, że Ukraina chciałaby widzieć siebie po wojnie – pomimo zniszczeń wojennych – w roli regionalnego mocarstwa: wojskowego gwaranta, potęgi w zakresie dostaw żywności na rynki europejskie, europejskiego zaplecza surowcowego a w przyszłości też przemysłowego. Jak na takie plany zapatruje się Warszawa Kijowa w ogóle nie interesuje – Kijowowi wystarcza dodagać się tu z Berlinem i Waszyngtonem. Co gorsza, znane wypowiedzi Dmytro Kułeby mogą sugerować, że Kijów nie jest do końca pogodzony z powojennym statusem naszego Podkarpacia i że temat ten może być w przyszłości rozgrywany. Trudno powiedzieć, czy ewentualne roszczenia terytorialne ze strony dysponującego milionową armią, skrajnie asertywnego sąsiada dyplomatycznie wspieranego przez Berlin byłyby dla Polski czymś bez znaczenia.
Chcę powiedzieć, że odnoszę wrażenie, że po roku 2022 nasze założenia dotyczące polityki wschodniej w zasadzie zbankrutowały. Ocena ta nie przychodzi mi łatwo, gdyż sam byłem wcześniej zwolennikiem takiego bezwarunkowego wsparcia. No ale nawet krowa uczy się na błędach! Uważam, że nadszedł czas na refleksję i ponowną ocenę tego, co jest dla Polski najbardziej korzystne w obecnych realiach geopolitycznych. Impulsem do takiej debaty powinny być nadchodzące już za dwa tygodnie wybory prezydenckie w USA, które jednak – umówmy się – nie tyle zmienią trajektorię zachodzących procesów, co je co najwyżej nieco opóźnią lub przyspieszą.
Na tę chwilę można powiedzieć, że sukcesem Polski było istotne przyczynienie się do tego, że Ukraina uniknęła natychmiastowej klęski po inwazji rosyjskiej w lutym 2022 r., że kolektywny Zachód został zmuszony do zdecydowanego ograniczenia relacji z Rosją, że wojna na Ukrainie zmusiła naszych decydentów do wykonania istotnych (lecz wciąż niewystarczających) ruchów w zakresie modernizacji naszych sił zbojnych i że gospodarka polski została wzmocniona rzeszą ukraińskich imigrantów, którzy weszli na nasz rynek. Na tym jednak bilans korzyści zasadniczo się kończy a przed nami rysuje się coraz wyraźniej gruby problem związany przyszłym kształtem kontynentu, który po raz kolejny jest kreślony bez naszego udziału i o którym trudno powiedzieć jaka rola zostanie w nim przewidziana dla Ukrainy, ale zarazem też dla Polski.
Zostaw komentarz