Reżyserki, aktorkinie, szołranerki… I wielka politpoprawnościowa kupa…

Ja nie umiem ekscytować się tymi produkcyjniakami, wszystkimi realizowanymi na jedno kopyto, wg tego samego, najbardziej gównianego wzorca z najbardziej lewackiego amerykańskiego campusu (czytaj).

Ci ludzie są jak gangrena – wykupują prawa do fajnych książek i je zawłaszczają przerabiając na jakąś debilnie progresywną modłę.

Z resztą, co się dziwić, skoro największym zmartwieniem dziennikarzy Washington Post przy okazji kończących się właśnie Mistrzostw Świata w piłce nożnej jest… brak czarnoskórych zawodników w reprezentacji Argentyny, co redakcja tego wplywowego dziennika uznała za ewidentny dowód „ukrytego rasizmu” w tym kraju i domaga się, aby władze FIFA „coś z tym zrobiły”.

 

Generalnie, postępactwo jest religią. Ma wszelkie cechy sekciarskiego kultu, którego prozelityczni adepci „ewangelizują” swoje otoczenie przerabiając stare formy na swoją modłę. Wygląda to tak, jakby w centralach największych wytwórni filmowych i wydawnictw siedziała jakaś komisja przedstawicieli „Partii Postępu” i decydowała, który to bohater książek naszego dzieciństwa ma w ogóle z dzieła zniknąć, który ma być czarny, który gejem, który transem a który (oczywiście, że ten biały facet) ma być największą mendą w całym kosmosie.

W optyce tych komisji jakoś zawsze tak się składa, że wyobrażonym ideałem przyszłego społeczeństwa jest coś na kształt wyidealizowanej Rozawy: antykapitalistycznej republiki, rządzonej koniecznie przez mocno sfeminizowany kolektyw i obywającej się bez pieniędzy…

Autor: Zbigniew Szczęsny
Prawicowy ateista. Zwolennik proatomowej strategii wychodzenia z paliw kopalnych. Polityczny (sur)realista tęskniący za „Międzymorzem” jako suwerennym biegunem siły między Rosją a Zachodem. Żyję z programowania. Publicystyką zajmuję się w czasie wolnym nie mogąc znaleźć sobie miejsca w świecie rozdrapywanym przez skrajności.