Pogłębiający się kryzys szkolnictwa wyższego, w niemal wszystkich jego wymiarach i aspektach, powodował, że już tylko nieliczni decydowali się na pracę na uniwersytecie. Z czasem wykształciły się dwie niejako paralelne społeczności akademickie. Z jednej strony stali pasjonaci nauki, ludzie oddani badaniom, poszukujący prawdy, pogodzeni z tym, że niewiele zarabiają. Z reguły mieli oni partnerów lub współmałżonków, na utrzymaniu których pozostawali. Z drugiej strony, coraz pokaźniejszą grupę stanowili pracownicy uniwersalni, świeżo po doktoratach bez większej wartości naukowo-poznawczej, z zapałem do pracy, gotowi jednego dnia przypisać się do nauk przyrodniczych, drugiego do społecznych jeśli takie akurat było zapotrzebowanie. Publikujący treści bezwartościowe o niczym, ale w wysokopunktowanych czasopismach. Odkryto bowiem, że bełkot wyrażony w języku obcym nie jest tak nieznośny, jak w rodzimym.
Władze uniwersytetu wyczulone na wszelkie problemy i tzw. bolączki, postanowiły niejako odgórnie wykreować trzecią kategorię pracowników. Ich zadaniem było zamazywanie granicy coraz silniej zarysowującej się między jednymi i drugimi wyżej wspomnianymi pracownikami. Żeby zrobić dla nich miejsce podjęto decyzję o likwidacji Wydziału Lotów Kosmicznych, zwłaszcza, że nikt z tego wydziału nigdy w kosmosie nie był, a jedynie rozprawiano tam o tym, jakich odkryć by w nim nie dokonano, gdyby pewnego dnia pracownicy mieli okazję się tam pojawić. W pokojach oznaczonych celowo nie numerami lecz piktogramami przedstawiającymi dzikie zwierzęta umieszczono zdziczałych pracowników naukowo-dydaktycznych. Wcześniej ubrano ich w specjalne kombinezony w kolorze fioletowym.
Zdziczali pracownicy pracowali indywidualnie oraz grupowo. Bez zapowiedzi wpadali gremialnie na posiedzenie danej Rady Dyscypliny Naukowej i wykrzykiwali hasła antynaukowe oraz kwestionujące naukowość danej dyscypliny. Szef zdziczałych pracowników miał przy tym w zwyczaju wskakiwać na plecy przewodniczącego Rady i oplótłszy się rękoma i nogami krzyczał: patataj patataj, zachęcając przewodniczącego do odgrywania przed zszokowaną publicznością roli konia wyścigowego, co tenże czynił obawiając się konsekwencji zawodowych. Innym razem zdziczali pracownicy kładli się pokotem we wszystkich trzech windach uniemożliwiając korzystanie z nich, wskutek czego nienawykli do używania schodów pracownicy naukowi rezygnowali i odwoływali swoje zajęcia dydaktyczne. Potrafili również znienacka pojawiać się w stołówce uniwersyteckiej i wkładać palec do zupy nielubianym przez nich normalnym pracownikom naukowym. Tamci wówczas rezygnowali z posiłku i głośno szlochając udawali się głodni do swoich pomieszczeń biurowych.
Studenci przyglądali się początkowo z niedowierzaniem tym incydentom, z czasem jednak uznawali ich wyższość nad monotonią tradycyjnej pracy akademickiej. Zwłaszcza, że zdziczali pracownicy naukowo-dydaktyczni, chcąc przeciągnąć sobie ich na swoją stronę, nierzadko częstowali studentów papierosami i wysokoprocentowym alkoholem. Początkowo w tajemnicy, w garażu podziemnym, a potem już jawnie, przy recepcji. Alkohol i papierosy, które zaczęto bez skrępowania pić i palić na korytarzach, wyłączając domowymi metodami czujki, to był dopiero początek procesu zdziczenia uniwersytetu. Z czasem pojawiły się zwierzęta, najpierw standardowo psy i koty, potem cała reszta: guźce, lamy, kapibary, oposy i miniaturowe kangury. W podziemiach organizowano walki psów i kogutów. Incognito uczestniczyli w nich także niektórzy dziekani i dyrektorzy.
Zrezygnowano ze standardowych metod nauczania, to jest z zajęć w salach wykładowych. Wprowadzono nowatorską metodę nauczania przez sen. Polegała ona na tym, ze studenci kładli się pokotem, na karimatach wzdłuż korytarza, a wykładowca włączał nagranie samego siebie, znaczy wykładu i kładł się w geście solidarności na podłodze ze studentami. I tak już niewielkie środki przeznaczone na badania naukowe przeznaczano na zakup papierosów, alkoholu, kiełbasy i ogórków kiszonych. Z czasem pojawiła się konieczność likwidacji kolejnej jednostki – w ramach planów oszczędnościowych. Był to Wydział Studiów nad Przeszłością. – Wybierzmy przyszłość! – krzyczeli zdziczali pracownicy naukowo-dydaktyczni wspierani przez na ogół nietrzeźwych studentów. – Pozostawmy grzebanie umarłych, umarłym – krzyczał świeżo relegowany student teologii. Pogrom dokonany na Wydziale Studiów nad Przeszłością odbił się szerokim echem w społeczności akademickiej. Przed budynkiem uniwersytetu zorganizowano pokaz palenia książek o przeszłości, w imię przyszłości. Kilku profesorów – przeszłologów – przywiązano do masztów na flagi, przed wejściem głównym. W tym czasie pracownicy Wydziału Studiów nad Przyszłością przyglądali się temu zjawisku nie mając wyrobionego zdania ani oficjalnego stanowiska na ten temat. Po prostu patrzeli i nie myśleli. Tak było im łatwiej.
Zdziczali pracownicy naukowo-dydaktyczni byli już bardzo zmęczeni swoją pracą. Stanowili postrach wśród kadry naukowej. Z czasem znudzili się swoją własną aktywnością na uniwersytecie i opuścili jego mury. Głęboki niesmak i trauma jednak pozostały.
Zostaw komentarz