Raz na jakiś czas znajomi prawicowcy wrzucają linki do wypowiedzi różnych naukowców, czasem bardzo uznanych, którzy przyznają się do wiary w Boga.
Mój komentarz, jako osoby niewierzącej.
Nie ma nic złego w takich poglądach, ale do pewnych granic!
Naukowcy mają swoje rozpoznanie rzeczywistości, które prowadzi ich w stronę określonych poglądów, także na temat wiary.
Uważam, że nauka – przynajmniej na obecnym etapie – nie daje wiążących odpowiedzi na takie pytania, jak skąd wziął się świat, albo skąd wzięło się życie.
Głeboko myślący ludzie zauważają, że „techniczne” odpowiedzi w rodzaju: „Świat rozpoczął się od Wielkiego Wybuchu”, lub „Życie powstało w skutek ewolucji świata nieożywionego” nie są wyczerpujące.
Sama konstrukcja ludzkiego umysłu nie przyzwala na uwolnienie się od pytania o „ostateczną przyczynę”, czyli od pytania: „A co było przed Wielkim Wybuchem?”. Odpowiedź, w rodzaju, że pytanie o to, co było wcześniej nie ma sensu, bo przed Wielkim Wybuchem nie było nawet czasu, jest dla większości ludzi niezadowalająca. Jest niezadowalająca nawet dla fizyków, którzy przecież nie ustają w tworzeniu kolejnych teorii starających się jakoś wyjaśnić mechanizm tej osobliwości.
Pytanie o początek życie wydaje się łatwiejsze, ale jedynie pozornie. Każdy, kto choć liznął fantastykę naukową zna liczne teorie, które starają się odpowiedzieć na pytanie, dlaczego – skoro życie miałoby być kolejnym „normalnym” etapem ewolucji materii nieożywionej – Wszechświat wokół nas milczy jak zaklęty? Nasza galaktyka składa się z ok. 300 miliardów gwiazd i sama statystka podpowiada, że choćby takich planet jak nasza Ziemia musi być w niej wiele. Dlaczego zatem Kosmos milczy? Inne pytanie jest takie – jak to się stało, że nasz Wszechświat ma akurat taką konstrukcję pod względem stałych fizycznych, że życie jest w ogóle możliwe? Wystarczyłoby by przecież, że którakolwiej z tych stałych różniłaby się choćby odrobinę od znanej nam wartości, to powstanie życia takiego jakie znamy byłoby w ogóle wykluczone!
W tej sytuacji nie dziwi mnie, że jednym wystarcza odpowiedż, że to jednak kwestia przypadku a innym taka odpowiedź nie wystarcza i dochodzą do wniosku, że musi być inna siła sprawcza, która to wszystko jakoś zaaranżowała – Bóg.
Jednak tutaj moja ogólna zgoda się wyczerpuje.
Nie bardzo bowiem umiem zgodzić się, że „Dobry Pan” stworzył Wszechświat jaki znamy po to, aby oczekiwać od nas realizacji konkretnych praw moralnych. Byłby to bowiem „Bóg – psycholog eksperymentalny”, którego osobista moralność staje się chybotliwa!
Problem podobny dostrzegł już Spinoza, który dowodził, że jeśli Bóg jest równocześnie wszechmocny i dobry, to nie może działać zgodnie z nieograniczoną wolną wolą. Argumentacja Spinozy rozbiła średniowieczne ambicje skonstruowania racjonalnej wizji religijności typu judeochrześcijańskiego. Po Spinozie Bóg musi być „niepojęty”, aby mieścił się w wyznaczonych przez niego ograniczeniach. Ale skoro jest „niepojęty”, to żaden fizyk czy biolog nie znajdzie w nim oparcia. Staje się już wyłącznie zwykłym człowiekiem wiary, który w zakresie religijnego konkretu musi się zdać na treść Objawienia bez żadnego wsparcia ze strony nauki.
Nauka bowiem, w swojej treści ma co najwyżej wydźwięk panteistyczny, co w kulturze europejskiej po raz pierwszy wyraził Giordano Bruno:
Jedynym obiektem we Wszechświecie, który wypełnia znamiona boskości jest… sam Wszechświat! W tym sensie, Bóg jest wszędzie i wszystko jest Bogiem.
Zabawne jest przy tym i niepokojące, że sama struktura naszego rozumu zawiera przesłanki własnej ograniczoności. Kurt Goedel właściwie zwariował, kiedy dowiódł, że królowa nauk – matematyka – nie daje się zamknąć w logiczności: każdy system aksjomatyczny bazuje na przesłankach (aksjomatach), których poprawności nie da się dowieść w ramach tego systemu. Owe aksjomaty są rodzajem pierwotnych intuicji, które mamy „wbudowane” w mózgu i których nie da się z niczego innego wywieść. Goedel, który wierzył w realność liczb popadł pod wpływem własnego odkrycia w swoistą paranoję i oddał się parapsychologii. Zarazem jednak doszedł do wniosku, że skoro rozum nie daje nam oparcia dla aksjomatów matematyki, to oparciem takim może być tylko ów niepojęty Bóg. Na tej podstawie skonstruował swój własny „dowód ontologiczny”, który mocował Boga jako taką zewnętrzną praprzyczynę aksjomatyki. Niektórzy filozofowie widzą w tym rozszerzenie/uzupełnienie słynnego arumentu Św. Anzelma. Jednak w 2016 roku dowiedziono numerycznie, że dowód Goedla jest sam w sobiie niepełny logicznie w tym sensie, że rachunek logiczny za nim stojący nie spełnia wymagań koniecznych do jednoznacznego wyprowadzenia prawdy ze swoich założeń. Obliczenia te wciąż oczekują na potwierdzenie.
Niezależnie od tego – jak już powiedziałem, jest istotna różnica między uznaniem boskiej „praprzyczyny” a subskypcją pod konktrety doktrynalne tej czy innej religii. Dlatego ze sceptycyzmem podchodzę do religijnych wynurzeń naukowców. Moim zdaniem – są to po prostu ich poglądy, które nie wynikają z metody naukowej, ale są wyrazem reakcji na niepojęte. Nie ma w tym nic złego, ale nie ma też nic dobrego w szafowaniu argumentem, że ten czy inny naukowiec jest wyznawcą takiego czy innego wyznania.
Zostaw komentarz