Nie jestem człowiekiem wierzącym, ale dużo zajmuję się religią jako zjawiskiem społecznym, politycznym i kulturotwórczym. Nic mądrzejszego nikt w sprawie Kościoła dawno nie powiedział. Jak bardzo nieracjonalne by to było – religia dotyczy sfery sacrum i jeśli sacrum ulega zatarciu – religia umiera lub staje się własną karykaturą.
Zmodernizowany, zracjonalizowany Kościół zatracił sens sakralny. Nic dziwnego, że ci, którzy wciąż odczuwają potrzebę obecności sacrum coraz częściej szukają jej poza Kościołem. A sacrum to coś poza rozumem. Jest głosem z oddali, jak melodia na granicy słyszalności, która wypełnia świat. Sama treść wiary jest wtórna – jest jej odczytaniem. Religie spierają się, która z nich ją lepiej słyszy, ale wszystkie te dyskusje są jałowe, jeśli te głosy zagłuszają samą melodię. Dlatego religie rodziły się w miejscach odosobnienia, w jaskiniach czy namiotach na pustyni, w grotach Kapadocji, w katakumbach Rzymu.
Dziś Kościół jest skupiony jedynie na „treści wiary” i na tym, żeby ją jak najszerzej „objaśniać”. Urządza tłumne pielgrzymki obwieszone megafonami, organizuje huczne masówki i nieustannie „tłumaczy” – we wszystkich językach, wszystkimi kanałami. I jeszcze zabrania łacińskiej mszy trydenckiej, która jest ostatnim gruntem, gdzie wierni mogą jeszcze „wyłączyć myślenie” i usłyszeć melodię sacrum.
Zostaw komentarz