Gdyby w 1981. roku ktoś powiedział mi, że za 35 lat połowa Polaków będzie chwalić stan wojenny, Jaruzel zostanie pochowany z honorami, Urban zostanie autorytetem, Kiszczak człowiekiem honoru, komuchy będą liberałami, opozycjoniści okażą się TW Bolkoidami i zeszmaconymi Frasyniukami jedzącymi postkomuchom z ręki… Gdyby ktoś mi coś takiego powiedział, doradziłabym mu, żeby puknął się w ten głupi łeb.

Prawda jest jednak taka, że to ja powinnam puknąć się w swój głupi łeb, bo jeszcze do niedawna wierzyłam, że nasza walka miała sens. Tymczasem wyszło tak, że zostaliśmy ostro wydymani. My, jak my, ale co powiedzieliby ci, którzy oddali życie wierząc, że nie robią tego nadaremnie? A następne pokolenie?

Następne pokolenie mówi do nas krótko: „spieprzyliście sprawę!”. Tak, spieprzyliśmy. Daliśmy sobie wmówić, że pełne półki w hipermarketach i czyste kible na stacjach paliw są jedyną oznaką postępu cywilizacyjnego, a w rzeczywistości jesteśmy tylko rynkiem zbytu i źródłem taniej siły roboczej. Daliśmy sobie wmówić, że mamy demokrację, a w rzeczywistości jesteśmy manipulowani przez media mające korzenie w głębokiej komunie.

Wybory zamieniono na groteskowy spektakl, którego wynikiem jest potwierdzenie siły panujących cyników. Daliśmy sobie wmówić, że jesteśmy silnym państwem, gdy tymczasem rządzący w wyścigu do eurokoryta robią laskę wszystkim dookoła, a państwo istnieje tylko w teorii. Daliśmy sobie wmówić, że jesteśmy coraz bardziej wykształceni, a w rzeczywistości hodujemy pokolenie, od którego wymagamy tylko rozwiązywania przygłupich testów i pracy w korpo lub w MacDonaldzie za psie pieniądze. Daliśmy sobie wmówić, że mamy kapitalizm i wolny rynek, a tymczasem rodzime firmy są mordowane przepisami tworzonymi przez kilkusettysięczny tabun urzędników, korupcję i dotacje z Eurokołchozu, które w 80% procentach wracają tam, skąd przyszły.

Stworzono koszmarną hybrydę, która z kapitalizmem nie ma nic wspólnego, lecz jest jedynie złodziejskim układem między częścią „opozycji” i postkomuchami – układem hamującym normalny rozwój gospodarczy. Nad tym całym postkolonialnym burdelem czuwa zdemoralizowana grupka namiestników, której głównym celem jest zgromadzić maksymalną ilość dóbr. Kiedyś robili to dyskretnie, dziś już nawet się z tym nie kryją. Duszą kraj na naszych oczach, a my z pustym wzrokiem siedzimy przed naszymi plazmami oglądając śpiewająco-tańczących głupoli, kreatury udające polityków i „dziennikarzy” zachwyconych Matrixem, który sami kreują. A jak starczy czasu, to obejrzymy jeszcze film, w którym resortowe bydle, zwane reżyserem, przekonuje nas, że jesteśmy zacofanymi ksenofobami skażonymi od pokoleń antysemityzmem, homofobią, prymitywnym katolicyzmem i nietolerancją. Potem wstajemy rano i budujemy nasze mikroświaty-dzięki temu nasz kraj wygląda ładniej, bo jesteśmy zdolni i zaradni.

Jednak większość z nas nie zdaje sobie sprawy, że statek, na którym wszyscy płyniemy powoli idzie na dno i nasza praca może wkrótce obrócić się w niwecz. W końcu odejdziemy zostawiając naszym dzieciom kraj bez perspektyw i 100 tys. długu na łeb do spłacenia. Jest rok 2019. Ofiary leżą w grobach, oprawcy chodzą w glorii, a czerwona dupa z uszami nadal bezczelnie śmieje nam się prosto w twarz. 13 grudnia 1981 roku sowiecki pachołek ogłosił stan wojenny, zabijając w nas nadzieję…