Kupiłem dziś na targowisku w Łomiankach 10 kurzych jaj, z wolnego wybiegu i bezpośrednio od rolnika. Bez określonego rozmiaru. Jedne były większe inne mniejsze. Tak jak być powinno.
Zapłaciłem 10 złotych czyli po złotym za sztukę. To, średnio o 100 % więcej jak 10 jaj w rozmiarze M z chowu klatkowego w supermarkecie. Tam kosztują przeciętnie ok. 5 złotych za tę samą liczbę.
Kupiłem nie dlatego, że naoglądałem się programów w rodzaju „Rozmowy o końcu świata”, ale ponieważ tak zostałem wychowany. By kupować żywność – na ile jest to możliwe – od znanych i sprawdzonych producentów.
Towarzyszyłem babci, w piątki, jako dziecko przy kupowaniu jaj, kur, kaczek, gęsi na targu w Wyrzysku. Potem oczywiście (o zgrozo !!!!) asystowałem przy ich zabijaniu i opalaniu resztek pierza nad ogniem. Najczęściej to była szufelka, na którą babcia nalewała denaturatu, podpalała, a ja dzielnie trzymając za nogi i skrzydła opalałem skórę biedaczyska nad niebieskim płomykiem.
Nauczyłem się, że by zjeść mięso, trzeba zabić jakieś boże stworzenie, które po to zresztą zostało nam dane. Oczywiście ten drób, przed zabiciem, łaził sobie po obejściu. Tu coś skubnął. Tam wydziobał bo produkcja drobiu, na skalę przemysłową czyli w klatkach. nie była jeszcze wtedy tak powszechna.Co zresztą mnie uratowało przed aplikowaniem sobie horrendalnych dawek antybiotyków, którymi faszeruje się dziś te z klatek.
Potem jednak, od lat 80-tych wszystko się zmieniło. Pojawiły się w Polsce wielkie sieci supermarketów, prześcigające się w reklamowaniu swych produktów żywnościowych, jako najtańszych. Na półkach pojawiło kurze udka, filety z piersi, w jakichś gargantuicznych rozmiarach, jakby delikwent za życia cały czas był na sterydach. Co zresztą było poniekąd prawdą. Miały jedną zaletę, były tanie. Bo tego chciał masowy konsument. Miało być dużo o tanio.
Wyposzczeni po latach PRL-u chcieliśmy mieć to samo w sklepach co na Zachodzie. Mnogość różnorakich, tanich towarów. Nikt wtedy nie zwracał uwagi na takie duperele jak jakość choć w prawie każdym schabowym, kurczaku czy szynce była cała tablica Mendelejewa.
Dziś świadomość konsumencka się zmieniła. Już nie kupujemy kiełbasy robotniczo – chłopskiej, czy takiej co rano jest czerwona, a pod wieczór, zielona. Patrzymy na etykiety, czytamy informacje o składzie, ale nadal – dla większości Polaków – podstawowe kryterium wyboru to cena. Zwłaszcza w czasie galopującej inflacji drenującej portfele. Ale jak powiedział klasyk – tanio to już było. I nie tylko ze względu na inflację, ale regulacje unijne.
Do końca 2023 roku, na mocy dyrektywy UE, na całym jej obszarze będzie zakazana klatkowa hodowla: kur, gęsi, indyków, kaczek, cieląt i królików. Jest to odpowiedź na wezwanie PE, który przyjął rezolucję w sprawie inicjatywy obywatelskiej ” End the Cage Age”, która zwróciła uwagę na to, że zwierzęta spędzające całe życie w klatkach chorują, cierpią na stres, ranią się itd.
To dobra inicjatywa, ale nie tylko ze względu na wymienione powody. Także dlatego, że mięso lub wyroby pochodzące od takich zwierząt są i niesmaczne i naszpikowane sterydami oraz antybiotykami co nam po prostu szkodzi.
Jest jedno ale. Kiedy już tak się stanie będą one o wile droższe. Jak te jaja z chowu klatkowego w porównaniu z tymi, ze ściółkowego. Średnio o ok. 40 % albo i więcej.
I otwartą kwestią pozostaje pytanie, czy przeciętny Polak jest na to gotowy? Czy jest gotów jeść mniej i płacić więcej?
Ano zobaczymy.
Fot. Zdzisław Surowaniec/Nowiny zamieszczono na zasadzie prawa prasowego do cytatu.
Autor: Antoni Styrczula
Opinii publicznej kojarzę się jako rzecznik prasowy Prezydenta RP, a także dziennikarz radiowo-telewizyjny i prasowy. Od wielu lat zajmuję się szkoleniami i doradztwem w zakresie public relations i marketingu politycznego. Jestem ekspertem w kreowaniu wizerunku firmy w e-przestrzeni i social mediach oraz zarządzaniu informacją w sytuacjach kryzysowych. W wolnych chwilach podróżuję. Przede wszystkim do Azji. Więcej tekstów autora przeczytacie na blogas24.pl
Zostaw komentarz