Polemika do artykułu Anny Śmigulec, jaki ukazał się już jakiś czas temu na Wirtualnej Polsce. O tym artykule dowiedziałem się całkiem przypadkiem, bo sam nie zaglądam na WP natknęła się na niego moja mama i dlatego go przeczytałem. To nawet nie tylko jest polemika precyzując to też, ale również uściślenie pewnych kwestii związanych z edukacją uczniów niewidomych ja uściślę je w odniesieniu do szkolnictwa masowego, bo w artykule ujęto to wszystko w kontekście ośrodków specjalnych. Będzie też jeszcze coś, co nie znalazło się ani w omawianej publikacji, ani nawet w moich wcześniejszych artykułach o tej tematyce, albowiem było to bardzo ważne i pozwala wiele zrozumieć. Autorka jest z Poznania i bohaterowie tego artykułu współcześnie żyją również tam.
Na początek to, z czym się zgadzam.
Niezależnie od wyboru szkoły punktem wyjścia jest sytuacja rodzinna, bo to wpływa na wszystko, co w omawianym artykule ilustruje szczególnie historia najstarszego z bohaterów.
Kolejna sprawa omówiona w opisywanym materiale budząca bardzo wiele kontrowersji wśród niewidomych, choć szczęśliwie mnie to nie dotyczy. Chodzi o zjawisko stare jak świat i występujące nie tylko w Polsce, o którym można powiedzieć, że ma charakter psychologiczny, czyli blindyzmy.
Jest w tej kwestii coś, czego zdaje się nie było dawniej, a z czym zetknąłem się przypadkiem kilka lat temu i przez ostatnich kilka lat także zdażyło mi się o tym słyszeć w odniesieniu do całego kraju. Sami niewidomi spierają się, skąd się to bierze i osoby z nimi związane wyrażają różne głosy.
Na pewno trzeba powiedzieć, czego blindyzmy nie oznaczają. To nie jest przejaw niedorozwoju umysłowego, a osoby tym dotknięte z jakiejkolwiek przyczyny bardzo często są jak najbardziej elokwentne.
Nasuwa się zatem pytanie, co jest przyczyną takich negatywnych odruchów?
We wcześniejszym artykule o polskiej szkole i niewidomych wspomniałem o pewnym podziale, który obowiązuje nadal, mianowicie o różnicach nie tylko w nauce, ale także w zachowaniu w większej socjalizacji u osób ze szkolnictwa masowego.
Dziś jednak ten podział może nie być tak ostry, bowiem u osób kilkanaście lat młodszych ode mnie, więc już dorosłych oraz u obecnych uczniów problem blindyzmów można spotkać także u tych związanych ze szkołami masowymi, choć nie często, to można natrafić konkretnie na osoby kiwające się.
Przykładowo ja właśnie kilka lat temu poznałem osobę, o której myślę jak najbardziej pozytywnie opisywałem jego przykład w innym kontekście i staram się to zrozumieć, ale zastanowiło mnie, że gdy byliśmy sami i rozmawialiśmy kiwał się, choć całe życie od przedszkola wychowywał się wśród widzących i nie był w żadnym ośrodku.
Tak więc to, o czym od zawsze mówi wielu niewidomych, że blindyzmy biorą się z ośrodków, szczególnie u osób wysłanych tam od małego jako do szkoły z internatem, to tylko część prawdy. Jaka zatem może być przyczyna tego w przytaczanym przeze mnie przypadku i to jest najbardziej prawdopodobne.
Mogło być tak z uwagi na powstały wtedy bardzo istotny aspekt rodzinny, o którym dowiedziałem się od jego bliskiej osoby. Nie wykluczam, że w tym wypadku zjawisko to zaistniało wtedy, gdy znajomy już był pełnoletni właśnie na skutek tego czynnika rodzinnego.
Jest też inny pogląd głoszony tak przez osoby pracujące z niewidomymi, jak i przez nich samych, że blindyzmy biorą się po prostu z braku bodźców wzrokowych. Może to też niekiedy prawda, ale do zaistnienia tego w konkretnym przypadku raczej przyczynia się właśnie tak to nazwijmy któryś z tych zapalników, albo natury ośrodkowej, albo podłoże rodzinne i w tym drugim wariancie może być tak we wczesnej dorosłości, jak u przywołanej osoby.
W zwalczaniu blindyzmów bynajmniej absolutnie nie chodzi o to, by robić to krzykiem, czy awanturami to uwaga przede wszystkim do nauczycieli. Z kolei w odniesieniu do wczesnej dorosłości trudno mi wskazać cokolwiek, bo jak mówię wcześniej nie było takich przypadków, więc nie zetknąłem się z jakimikolwiek dywagacjami na ten temat.
Kolejna sprawa omówiona w opisywanym artykule, to zagadnienie jak bardzo i czy w ogóle dziecko niewidome powinno dzielić się swoimi emocjami z nauczycielami.
Zarówno autorka, jak i jedna z bohaterek o imieniu Florida opisały pozytywne przykłady ze szkół niemieckich, bowiem ta bohaterka w Polsce zamieszkała już jako dorosła, a dzieciństwo razem z najbliższymi spędziła właśnie w Niemczech, gdzie uczyła się na wszystkich etapach w trzech ośrodkach i wszystkie zapisały się pozytywnie. Ta rozmówczyni autorki jest 3 lub 4 lata młodsza ode mnie nie pamiętam dokładnie, w każdym razie z przełomu pokoleń lub już z tego kolejnego po moim.
Ten przykład choć mocno odmienny szczególnie od dawnych polskich realiów nasuwa mi jednak pewne refleksje.
Patrząc na całokształt życia w Polsce wtedy nie tylko niepełnosprawnych i ich rodzin myślę, że to dobrze, iż żyła ona wtedy zagranicą, bowiem jakkolwiek w naszym kraju spotykałoby ją pewnie również to, co dobre, to jednak wówczas razem z najbliższymi musiałaby zmagać się z wieloma trudnościami.
Podstawowy problem w odniesieniu do szkolnictwa masowego polega, a w każdym razie polegał na tym, że zwracanie się przez ucznia niewidomego do nauczycieli z jakimś problemem często było źle odbierane lub źle rozumiane.
Jeszcze czymś innym w odniesieniu do szkolnictwa w ogóle jest swoisty fetysz pedagogów i psychologów szkolnych, co też przejawia się w omawianym artykule.
Taka jest prawda, że jak szkolny pedagog ma zaszkodzić swoją postawą uczniowi nie tylko niepełnosprawnemu, to lepiej niech powie, że nie ma czasu, ani głowy i nie zajmuje się daną sprawą.
Warto wspomnieć o czymś, co było pozytywne u mnie i dobrze, gdy tak jest, a mianowicie mam na myśli obecność konkretnie na gruncie szkolnym u niewidomych dzieci i młodzieży osób, które ja nazywam dobrymi duchami. Takie osoby były obecne u mnie od schyłkowej podstawówki i w gimnazjum, a byli nimi przedstawiciele personelu nie pedagogicznego, konkretnie panie i panowie woźni. Właśnie w szkolnej piwnicy razem tworzyliśmy taką zgraną grupę i byłem w niej nie tylko ja, lecz również inni niepełnosprawni uczniowie, nie tylko moi niedowidzący koledzy z klasy. Po ukończeniu przeze mnie tej szkoły tradycja ta była kontynuowana.
Nie da się też zaprzeczyć, że problemy edukacyjne również generują napiętą atmosferę w domu, a nawet szerzej w rodzinie dziecka niewidomego.
Wreszcie ta istotna uwaga o czymś, co miało miejsce przez ponad 20 lat, ale obecnie szczęśliwie się to zniwelowało choćby z racji technologii, co daje możliwość przedstawiania przez niewidomych różnych aspektów funkcjonowania.
Choć jak wiadomo im młodsi ludzie, tym sytuacja ich i ich otoczenia zmieniała się na lepsze szybciej i często w ogóle była lepsza na starcie, to jednak niezależnie od pokolenia istniał właśnie ten problem, który też był swoistym wyzwalaczem negatywnych emocji u niewidomych i w ich otoczeniu jako w zbiorowości.
Szczególnie w erze przedinternetowej i raczkujących technologii w naszym kraju tak to nazwijmy tak naprawdę niewidomi i ich otoczenie praktycznie nie miało siły przebicia się do świadomości społeczeństwa ze swoimi potrzebami, bowiem nie tylko media, ale w ogóle wszelkie dyskusje o niepełnosprawnych i działania na ich rzecz oraz całe myślenie zostało zdominowane przez wózkowiczów szerzej niepełnosprawnych ruchowo i ich reprezentantów.
Było tak z wielu powodów istniał cały ciąg przyczyn u każdej ze stron i gdyby je zebrać musiałby powstać cały artykuł o tym, w każdym razie trudno mieć pretensje do niepełnosprawnych ruchowo oni właśnie z wielu względów potrafili się przebić już na początku przemian i nawet mając różne problemy indywidualnie dużo szybciej były one rozwiązywane.
Zjawisko to miało zarówno wymiar ogólnokrajowy, jak i lokalny. Dla jego zilustrowania posłużę się przykładem nieistniejącego już stowarzyszenia, w którym byłem razem z moją rodziną niestety właśnie m.in. z powodu zjawiska, o którym mówię organizacja ta mimo swoich sukcesów szczególnie w pierwszych siedmiu latach swojego istnienia nie stała się tak prężna, jak inne od innych niepełnosprawności działające na moim terenie i w 2006 r. stowarzyszenie to zostało rozwiązane, a ja z rodziną wypisaliśmy się z niego 2 lata wcześniej.
Jakiekolwiek media właśnie niestety nie pukały do siedziby stowarzyszenia tak, jak do innych nie waliły tam drzwiami i oknami, w przeciwnym razie udałoby się zdziałać jeszcze więcej, niż miało to miejsce.
Zostaw komentarz