(bez komórki)
Kiedy mój przyjaciel przerywa mi w połowie zdania słowami: “Idź do lasu!”, to znaczy, że czas zakładać buty. Nie w niedzielę, nie po umyciu garów, tylko natychmiast. Ufam mu, bo słowa te wypowiada rzadko, zwykle w okresach, kiedy jest u mnie wszystkiego dużo i szybko, i naraz, i nie ogarniam, i tego nie zauważam. Zawsze wtedy pomaga mi las.
Dziś też. Ale tym razem pomyślałam, że muszę iść do tej leśnej świątyni zupełnie sama. Albo jest się w lesie, albo jest się z kimś. No wiem, nic nowego, zawsze chodzę sama. Ale tak nie do końca, bo z urządzeniem wielofunkcyjnym, zwanym dla niepoznaki telefonem.
Tym razem telefon zostawiłam w domu. Pierwsza myśl, która mi przyszła do głowy, kiedy wsiadałam do auta, brzmiała: “A jak się coś stanie na drodze, to co?”. Spięłam się lekko i odpowiedziałam jej: “To nic. Wszędzie są ludzie i oni mają telefony”. Kiedy wysiadałam z samochodu, pomyślałam, że napiszę Mariuszowi o substacku. Hm… Potem chciałam siostrze zrobić mały przelew w prezencie. Hm…Po przejściu kilku metrów przestraszyłam się, że jakby coś ładnego, jakiś ptak albo kwiat, to czym ja zrobię zdjęcie?… Później chciałam komuś napisać o jutrzejszym spotkaniu; pochwalić się koleżance, z kim się widziałam dziś na mieście; uwiecznić majową zieleń… Co chwila brakowało mi protezy. Fizycznie brakowało. Czułam się, jakbym nie miała ręki. Czułam się jak zamknięta w więzieniu, podczas gdy właśnie z niego wychodziłam. Próbowałam zapamiętać wszystkie sprawy, które zostały odłożone na później przez niewzięcie ze sobą telefonu. Po 40 minutach wróciłam do samochodu. Chciałam sprawdzić, ile kilometrów przeszłam, hm… Zanim otworzyłam drzwi, sprawdziłam tylną kieszeń, czy tam jest. Nie było.
Kiedy już świadomość przyjęła za fakt nieobecność urządzenia, zaczęłam dostrzegać inne zjawiska, np. zastanawiałam się, czy bez telefonu mogę otworzyć okno w samochodzie albo włączyć radio. To oczywiście jakieś zawirowania, a nie świadome myśli, ale ja jestem dobrym obserwatorem i dostrzegam je kątem oka w takim ułamkosekundowym zatrzymaniu, zacukaniu, zagmatwaniu.
Żyjemy w stanie permanentnej gotowości. Jak żołnierze w okopie reagujemy na każdy sygnał, który może postawić nas na nogi i wezwać do walki. Co z nami zrobiono? Co my sami z sobą zrobiliśmy?
Wracam z lasu odświeżona i wypoczęta. Sama siebie oszukuję, że to nic takiego, i że wcale nie muszę natychmiast sprawdzać, co tam w okopie. Wypakowuję zakupy, które zrobiłam po drodze i powoli przenoszę wzrok na komórkę. Tylko jedna reklama. Nic. Trochę rozczarowana zabieram się za pisanie.
Kiedy tak szłam bez kontaktu ze światem, oczywiście straszyłam siebie wizjami licznych katastrof, o których nie zostanę na czas powiadomiona. Zważywszy, że większość katastrof, o których byłam powiadamiana w ostatnich latach mnie, ani moich bliskich w ogóle nie dotyczyła, to chyba mały powód do zmartwienia. Ale oczywiście wizje syna dzwoniącego w niecierpiącej zwłoki sprawie (na ogół pożyczka samochodu albo drobny przelew) psuły mi krew i spacer.
Niemniej nie znaczy to, że spacer zmarnowałam. Był taki moment, kiedy światło między drzewami malowało miękkość traw; kiedy cienie liści tańczyły, wiatr szumiał i pachniał majem; kiedy słońce całowało mnie w powieki. W pewnym momencie szłam dość szybko, zatrzymałam się, widok był piękny, sięgnęłam do kieszeni, nie było tam niczego, stałam i patrzyłam jak falują trawy, jak błyszczy woda w stawie, słuchałam drących się ptaków i rechocących żab, i postanowiłam powtarzać tę przygodę częściej. Często.
Idź na spacer. Do lasu. Bez komórki. Zaproponuj to swoim dzieciom. Zauważ, że to trudniejsze niż przypuszczasz. Wyjdź z okopu. Oddychaj.
Zostaw komentarz