O obietnicach i kolejnej deklaracji, która dobrze wygląda w dokumentach …
(Deutsch-Polnisches Haus – Dom Polsko-Niemiecki (będę go tu nazywac krótko Dom Polski)
„Dom Polsko-Niemiecki w Berlinie: pomnik, muzeum, centrum dialogu – wspólna pamięć czy spór o pamięć” to temat publicznej debaty zorganizowanej w ramach cyklu dyskusyjnego „Berlin w Warszawie” 16 czerwca przez Instyut Witolda Pileckiego w Warszawie. Debata ta, transmitowana także online poświęcona była koncepcji Domu Polsko-Niemieckiego w Berlinie jako miejsca łączącego funkcje pomnika, muzeum i centrum dialogu. Uczestnicy dyskutowali o tym, jak upamiętniać ofiary niemieckiej okupacji Polski oraz w jaki sposób budować wspólną polsko-niemiecką pamięć historyczną, uwzględniając różne perspektywy i doświadczenia. Rozmowa dotyczyła także wyzwań związanych z polityką pamięci oraz roli takich instytucji w budowaniu dialogu, pojednania i wzajemnego zrozumienia.
Pierwszym, ktory mówił w minionych latach na forum eruopejskim na temat polsko-niemieckiej pamieci historycznej był sekretarz stanu w Kancelarii Prezesa Rady Ministrów RP Władysław Bartoszewski, który w roku 2010 powiedział, że: „w Berlinie brakuje miejsca poświęconego polskim ofiarom niemieckiej okupacji”.

Trzeba nam wiedziec, że w Berlinie funkcjonowal już od roku 2005. Pomnik Pomordowanych Zydów Europy, istniały też inne pomniki, np;: Memoriał Pomordowanych Sinti i Romów Europy i Pomnik Prześladowanych Homoseksualistów pod Narodowym Socjalizmem, Nagtomiast Polacy – naród, który jako pierwszy padł ofiarą niemieckiej agresji i który poniósł jedne z największych strat osobowych i materialnych – nie mają własnego miejsca pamięci w Niemieckiej Republice Federalnej.

Dopiero po 10 latach od wystąpiena Bartoszewskiego – 30 października 2020 roku niemiecki Bundestag uchwalił ustawę. która brzmiała: „Ein Polen-Denkmal in der Mitte Berlins zum Gedenken an die polnischen Opfer der deutschen Besatzung 1939–1945”
(„Pomnik Polski w centrum Berlina ku pamięci polskich ofiar niemieckiej okupacji 1939–1945”). Pracami nad tym projektem zajęło się Federalne Ministerstwo Spraw Zagranicznych i tzw. Komisja Nikla. Obecnie za ten projekt odpowiada pełnomocnik Rządu Federalnego ds. Kultury i Mediów (Beauftragte der Bundesregierung für Kultur und Medien – BKM), z którym współpracuje Niemiecki Instytut-Spraw Polskich z siedzibą w Darmstadt.

Tu – uwaga: „Raport o stratach poniesionych przez Polskę w wyniku agresji i okupacji niemieckiej w czasie II wojny światowej 1939–1945” przygotowany przez Parlamentarny Zespół ds. Oszacowania Wysokości Odszkodowań Należnych Polsce od Niemiec pod kierownictwem Arkadiusza Mularczyka został złożony stronie niemieckiej 3 października 2022 r. Odpowiedź Niemiec była kategoryczna: ”Sprawa reparacji została zamknięta. Polska już dawno, bo w 1953 r., zrzekła się dalszych reparacji i kilkakrotnie potwierdziła to zrzeczenie”, co jeszcze raz podkreslił kanclerz Olaf Scholz tymi słowy „Podobnie jak wszystkie poprzednie rządy federalne, mogę zaznaczyć, że kwestia ta została ostatecznie rozstrzygnięta w prawie międzynarodowym”

Czyli: Niemcy nie widzą podstaw prawnych do wypłaty reparacji.

W chwili, gdy Polska przedstawiała powyższy Raport Strat Wojennych — od zniszczenia miast, przez rabunek dóbr kultury, po straty demograficzne i społeczne — w Niemczech właśnie rozwijała się koncepcja budowy Domu Niemiecko-Polskiego jako centrum wystawienniczo-edukacyjnego i jako instytucji pamięci.

Powstaje więc zasadnicze pytanie: czy to miejsce pamięci ma być początkiem poważnej rozmowy o odpowiedzialności, czy też ma stać się symbolicznym zamknięciem sprawy, której materialny i moralny wymiar pozostaje nierozliczony?
Dlatego w tym miejscu rodzi się następne pytanie: „Dlaczego projekt Domu Polskiego pojawił się dokładnie w momencie, gdy Berlin konsekwentnie odrzuca rozmowę o reparacjach?

Chronologia jest uderzająca: od 2010 r. trwa debata nad pomnikiem, w 2020 r. Bundestag podejmuje uchwałę, w 2021–2022 powstaje koncepcja Domu Polskiego.

Jednocześnie rząd RFN konsekwentnie powtarza Sprawa reparacji jest prawnie zamknięta.

Powstaje więc jeszcze jedno pytanie (ta ilość pytań, też o czymś świadczy…..) – natury politycznej:
Czy Dom Polski ma być wyrazem odpowiedzialności, czy też ma ułatwić zamknięcie dyskusji o odpowiedzialności materialnej?

Oczywiste jest, że budowa Domu Polskiego w Berlinie jako miejsca pamięci, dokumentacji i edukacji, może mieć sens tylko pod jednym warunkiem: nie jako zastepstwo odszkodowań , nie jako polityczny gest zastępczy i nie jako kolejny elegancki pomnik niemieckiego sumienia. Jeśli miałby stać się tym, czym w istocie jest dziś 30-tonowy głaz stojący przed Bundestagiem – ciężkim, milczącym symbolem, który bardziej uspokaja sprawców niż oddaje sprawiedliwość ofiarom – lepiej, żeby nie powstał wcale.!

Nie sprzeciwiamy się Domowi Polskiemu. Sprzeciwiamy się temu, aby stał się on politycznym substytutem reparacji.

Pomnik i centrum dokumentacyjne mogą być wyrazem pamięci. Nigdy jednak nie mogą zostać przedstawione jako moralny ekwiwalent zniszczenia państwa polskiego, zagłady jego elit, rabunku jego kultury i strat, których skutki Polska odczuwa do dziś
Sam pomysł wybudowania takiego obiektu jest słuszny. Polska obecność w niemieckiej przestrzeni pamięci jest wciąż zbyt słaba w stosunku do skali polskich strat i polskiego doświadczenia wojny. Przez dekady niemiecka narracja o wojnie potrafiła mówić o Polsce za mało, zbyt ogólnie, można nawet powiedzieć, że wcale. Dlatego potrzebne jest miejsce, które opowie Niemcom i Europie, czym naprawdę była okupacja Polski przez III Rzeszę: nie „trudnym rozdziałem historii”, lecz próbą zniszczenia narodu, państwa i całej tkanki społecznej. Ale właśnie dlatego trzeba powiedzieć jasno – i jeszcze raz: Dom Polski może być narzędziem pamięci, lecz nie może zostać użyty jako ersatz (zastępstwo) reparacji.

To, co Niemcy zrobili Polsce w latach 1939–1945, nie było jedynie „wojenną przemocą”. Było planem rozbioru, wyniszczenia i podporządkowania. 1 września 1939 r. III Rzesza napadła na Polskę, rozpoczynając wojnę totalną.

17 września od wschodu wkroczył Związek Sowiecki, realizując postanowienia paktu Ribbentrop–Mołotow. Polska znalazła się między dwoma totalitaryzmami, ale to właśnie niemiecka okupacja przyniosła projekt bezprecedensowego zniweczenia polskiej wspólnoty politycznej i kulturowej.

Niemcy niszczyli Polskę nie tylko przez mord, ale i przez rabunek. Grabież dzieł sztuki, księgozbiorów, archiwów, wyposażenia kościołów, pałaców i muzeów miała charakter systemowy. Z Polski wywożono obrazy, rzeźby, rękopisy, meble, srebra, archiwalia, instrumenty i zabytki sakralne. Ograbiano nie tylko państwo, ale całe społeczeństwo – jego pamięć, dorobek, symbole i materialne świadectwa ciągłości. Nie chodziło o „straty uboczne wojny”, lecz o rozmontowanie polskiej kultury jako nośnika polskiej podmiotowości.

Jeżeli wiec dziś mówimy o Domu Polskim, musimy pamiętać, że nie mówimy o abstrakcyjnej „pamięci”. Mówimy o odpowiedzi na całościowe zniszczenie życia społecznego w Polsce. Na rozstrzelane elity. Na wyrwane dzieciństwo. Na miasta obrócone w pył. Na wsie spalone razem z mieszkańcami. Na dzieła sztuki rozproszone po prywatnych kolekcjach i magazynach. Na archiwa, które miały zniknąć, żeby Polska utraciła własną pamięć. Na społeczeństwo, które po 1945 r. nie wróciło do stanu sprzed wojny, bo wrócić już nie mogło.

Dom Polski tak. Ale nie zamiast sprawiedliwości !
Dlatego podstawowe pytanie nie brzmi, czy Dom Polski powinien powstać, ale po co miałby powstać i komu miałby służyć.

Jeżeli miałby być jeszcze jednym niemieckim pomnikiem pojednania, z którego bardziej zadowolony będzie Berlin niż Warszawa – nie warto. Jeżeli miałby służyć temu, by niemiecka klasa polityczna mogła powiedzieć: „upamiętniliśmy polskie ofiary, więc wykonaliśmy swój moralny obowiązek” – trzeba taki projekt odrzucić. Jeżeli miałby być używany jako argument przeciw reparacjom, odszkodowaniom, restytucji dóbr kultury i dalszym roszczeniom wobec państwa niemieckiego – byłby nie aktem sprawiedliwości, lecz sprytnie opakowaną odmową sprawiedliwości.

Polska nie potrzebuje od Niemiec wyłącznie miejsca pamięci. Polska potrzebuje uznania, że niemiecka odpowiedzialność za II wojnę światową nie kończy się na rytuale składania wieńców, przemówieniach o „wspólnej Europie” i starannie wyreżyserowanych gestach skruchy. Potrzebuje uznania, że skala zniszczenia Polski była tak ogromna, iż żaden jeden symbol nie może jej „zamknąć”.

Tu właśnie dotykamy sedna problemu. W niemieckiej kulturze pamięci istnieje od lat pokusa, by odpowiedzialność historyczną przekładać na formy symboliczne, które są widzialne, eleganckie, dobrze brzmią w debacie publicznej i nie rodzą zbyt daleko idących konsekwencji prawnych ani finansowych. Pomnik, tablica, wystawa, fundusz, przemówienie – wszystko to może być ważne, ale wszystko to może też stać się wygodnym narzędziem politycznego samouspokojenia. I oby nie przyniosło zagrożenia, że pamięć bez odpowiedzialności bywa po prostu estetyzacją winy.

Najlepszym symbolem tego zagrożenia jest 30-tonowy głaz stojący przed Bundestagiem, upamiętniający polskie ofiary niemieckiej okupacji. Sam w sobie nie jest problemem.

Problemem jest to, co reprezentuje: model pamięci zredukowanej do ciężkiego, materialnego znaku, który ma przemówić w zastępstwie realnych decyzji politycznych. Kamień nigdy nie stanie się odpowiedzią na zbrodnię.

I właśnie dlatego Dom Polski nie może stać się „większą, bardziej nowoczesną wersją tego głazu”. Nie może być architektonicznie atrakcyjną konstrukcją, która pozwoli Niemcom powiedzieć: „zrobiliśmy coś wielkiego dla Polaków”, podczas gdy zasadnicze pytania o reparacje, odszkodowania i restytucję nadal będą odkładane do szuflady z napisem „sprawa zamknięta”.

Dom Polski powinien zostać wyposażony w funkcję wystawienniczą, a takze w realne instrumenty działania: fundusz badań nad stratami wojennymi, programy stypendialne, środki na dokumentację zrabowanych dóbr kultury, finansowanie polsko-niemieckich projektów archiwalnych i edukacyjnych, a także mechanizmy wspierania restytucji dzieł sztuki oraz badań proweniencyjnych.

I – co jest bardzo ważne: w centrum tej instytucji powinno znaleźć się nie tylko cierpienie, ale także skala zniszczenia polskiej wspólnoty: rozbicie elit, dewastacja szkolnictwa i nauki, wyniszczenie miast, pacyfikacje wsi, rabunek kultury, praca przymusowa, obozy, więzienia, łapanki, wysiedlenia, germanizacja dzieci i planowe niszczenie polskiej podmiotowości. Innymi słowy: Dom Polski nie może opowiadać wyłącznie o śmierci. Musi opowiadać także o zniszczonym życiu społecznym.

Jego narracja nie może zostać podporządkowana niemieckiej potrzebie „europeizacji” polskiego doświadczenia w taki sposób, by zniknęła z niej konkretna odpowiedzialność sprawcy.

Dom Polski musi mówić jasno: to państwo niemieckie, III Rzesza Niemiecka, odpowiada za okupację, terror, grabież i zniszczenie Polski. Nie „wojna”, nie „historia”, nie „totalitaryzm” w abstrakcie. Sprawca ma imię !.

Dlatego fundamentalne znaczenie w tej sprawie ma stanowisko Instytutu Pileckiego, o czym była mowa na początku tekstu. Instytut Pileckiego pokazal, że odpowiedzialność za skutki wojny ma kilka poziomów: prawny, finansowy, moralny, pamięciowy i instytucjonalny.

Podczas debaty „Zadośćuczynienie, odszkodowania, reparacje: co jest realne, co jest symboliczne?” wyraźnie wybrzmiało, że nie wolno mieszać tych porządków ani udawać, że symbol rozwiązuje problem materialnej i historycznej odpowiedzialności. To rozróżnienie jest kluczowe.
Instytut Pileckiego podkreślił wagę badań nad stratami wojennymi i potrzebę rzetelnego udokumentowania skali niemieckich zniszczeń. To istotne, bo spór o reparacje nie może zostać sprowadzony do pojedynku politycznych deklaracji. Musi opierać się na faktach: na danych o zniszczeniu gospodarki, na losach rodzin, na skali grabieży dzieł sztuki, na świadectwach o zagładzie elit i na wiedzy o tym, jak głęboko wojna zdeformowała polski rozwój na pokolenia.
Ale właśnie z tego wynika najważniejszy wniosek: im lepiej wiemy, co Niemcy zrobili Polsce, tym mniej wolno nam zadowolić się samym symbolem.

Nie ma nic złego w tym, że Polska chce silnej, trwałej i godnej obecności w niemieckiej przestrzeni pamięci. Przeciwnie – to konieczne. Ale właśnie dlatego trzeba od początku odrzucić wszelkie próby przedstawiania Domu Polsko-Niemieckiego jako rozwiązania „wystarczającego”. Nie jest wystarczające. Nie będzie wystarczające. I nie powinno być tak przedstawiane.

Dom Polski może być potrzebny jako miejsce prawdy o niemieckiej okupacji Polski. Jako centrum badań, edukacji, archiwizacji i upamiętnienia. Jako instytucja przypominająca niemieckiej opinii publicznej, że zbrodnia popełniona na Polsce nie była peryferyjnym epizodem wojny, lecz jednym z jej centralnych rozdziałów. Jako miejsce, w którym polski głos nie będzie dodatkiem do cudzej narracji, ale osią opowieści o odpowiedzialności.

Ale jeżeli miałby zostać wykorzystany jako ersatz reparacji, jako polityczna proteza sprawiedliwości, jako nowocześniejsza wersja głazu pod Bundestagiem – trzeba powiedzieć temu projektowi „nie”.

Bo Polska nie potrzebuje od Niemiec kamienia, choćby ważył trzydzieści ton. Nie potrzebuje też gmachu, choćby był piękny, nowoczesny i pełen dobrych intencji. Polska potrzebuje czegoś trudniejszego: prawdy nazwanej po imieniu, odpowiedzialności, która nie boi się skutków, i pamięci, która nie służy do zamykania rachunków, lecz do ich uczciwego otwierania.

Dom Polski może być częścią takiego procesu. Ale tylko częścią. Nigdy jego substytutem.

Ps. Obraz ilustrujący ten tekst jest wizualizacją AI jak taki dom mógłby wyglądać. Jednak w realu miejsce tego Domu Polsko-Niemieckiego – Deutsch-Polnisches Haus w stolicy Niemiec pozostaje nadal nieustalone. Zgodnie z obecnymi założeniami rozważana jest adaptacja jakiegoś już istniejącego budynku w centrum Berlina. Oficjalna strona projektu mówi wprost: „Der Ort steht noch nicht fest” – miejsce nie jest jeszcze wybrane. Jest to wiec konstrukcja bardziej deklaratywna niż rzeczywista.

Jakże łatwo w tej sytuacji rodzą się pytania i wątpliwości. Czy mamy do czynienia z rzeczywistym, przygotowanym przedsięwzięciem, czy raczej z projektem, który pozostaje nadal na poziomie deklaracji? Czy nie grozi nam, że idea Domu Polsko-Niemieckiego stanie się jedynie polityczną wizją zawieszoną w próżni – pięknie brzmiącym symbolem bez konkretnego miejsca, programu i gwarancji realizacji?

I –jeszcze jedno ps.- dosłownie z ostatniej chwili: koncepcja „Dom Polski” ma na terenie Niemiec podwójne znaczenie: oprócz w.wym. Deutsch-Polnisches Haus –który pojawia się teraz jako „wiszący w próżni symbol bez konkretnego miejsca” – jest jeszcze Dom Polski w Bochum – historyczne centrum życia Polaków w Zagłębiu Ruhry. Przed II wojną światową mieściła się tam siedziba Związku Polaków w Niemczech, a okolica była znana jako „Mała Warszawa”. ZPwN osiągnął w roku 2018 (za rządów PiS) zapewnienie niemieckich środków finansowych ze strony instytucji publicznych w wysokości 1,4 mln euro na remont, który rozpoczął się w lipcu 2024 („początek nowego rozdziału”) , rusztowania wybudowano, prace rozpczęto… Niestety, do zakończenia inwstycji brakuje 280 tys, euro a rząd niemiecki odmówił zwiększęnia dotacji. Można się o tym dowiedzieć z Deutsche Welle z dnia 11 czerwca br w artykule pt.: Dom Polski w Bochum. Brakuje pieniędzy na dalszy remont”” gdzie podano: „ Dalszy remont Domu Polskiego w Bochum jest zagrożony”.

Tak więc oba »Domy Polskie« – ten planowany w Berlinie i ten historyczny w Bochum – zdają się podzielać ten sam los: pozostać symbolem niedokończonych obietnic deklaracją i kolejną, która dobrze wygląda w dokumentach, lecz wciąż niewiele zmienia w przestrzeni publicznej.