No to sprawy z Odrą mają się tak:

Tzw. „złote algi” dostały się do Odry zapewne z wodą balastową na barkach i sobie w niej były, ale w niewielkiej liczbie, więc nikt nawet nie zauważył, tym bardziej, że nie było jeszcze w Polsce przypadków z ich udziałem. Ponadto, algi te słabo dają radę w słodkiej wodzie.

Zrobiło się bardzo ciepło i sucho. W Odrze spadł przepływ i woda nagrzała się aż do 27 stopni. Wzrosła koncentracja całego syfu, zwłaszcza wszelkiego rodzaju „użyźniaczy” (gnoju, resztek po nawozach, jakichś mało uciążliwych ścieków z zakładów itd.). Ryby były osłabione i podatne na stres środowiskowy.

Tymczasem na Śląsku zintensyfikowano prace w kopalniach i w związku z tym zaczęto dokonywać rutynowych zrzutów ciepłej zasolonej wody ze zbiorników retencyjnych. Ta słona woda, kiedy dostała się do Kanału Gliwickiego i górnej Odry uległa rozcieńczeniu akurat do takiego poziomu lekkiego zasolenia, które idealnie odpowiada złotym algom. Zaczęły się szybko namnażać powodując lokalne śnięcia ryb, które jednak służby mylnie brały za zwykłą przyduchę, bo jak badały wodę zgodnie z procedurami, to niczego bardzo niepokojącego w niej nie znajdywały.

Wszystkie sygnały o mezytylenie, rtęci czy czym tam jeszcze – okazywały się niepotwierdzonymi wynikami ze spektroskopii mas, która jest metodą ultraczułą i wykrywa dosłownie śladowe ilości czegokolwiek, chociaż – oczywiście – nie tak skomplikowanych i egzotycznych cząsteczek jak toksyna tych alg.

Sytuacja była zatem jak na szalce Petriego w inkubatorze: najpierw pojawiają się małe skupiska kolonii a następnie, w ciągu jednej nocy całe naczynie jest już zajęte przez mikroorganizmy.

Toksyna alg Prymnesium parvum jest dla ryb niezwykle toksyczna. U ludzi wywołuje lokalnie hemolizę krwinek (co pewno było powodem „poparzeń” rąk u wędkarzy). Jednak poza specjalistycznymi testami enzymatycznymi opartymi o przeciwciała (tzw. metoda ELISA), nie ma żadnej prostej metody jej wykrycia, więc dla slużb była kompletnie niewykrywalna.

No i mamy rozwiązaną zagadkę dokładnie jak w opowiadaniu „Katar” Stanisława Lema, co od początku przewidziałem.

Autor: Zbigniew Szczęsny
Prawicowy ateista. Zwolennik proatomowej strategii wychodzenia z paliw kopalnych. Polityczny (sur)realista tęskniący za „Międzymorzem” jako suwerennym biegunem siły między Rosją a Zachodem. Żyję z programowania. Publicystyką zajmuję się w czasie wolnym nie mogąc znaleźć sobie miejsca w świecie rozdrapywanym przez skrajności.