Dawno temu była sobie pewna kraina. Zamieszkana przez Polactwo. Był to dziwny naród. Niczego nie czytał ale na wszystkim się znał. Przejawiający nieopisaną odwagę i męstwo – w Internecie.
Obywatele Polandii przypominali maszyny w fabryce czekolady. Byli zaprogramowani. Dziś w lewo, jutro w prawo. Chodzili do tyłu lub do przodu, w zależności jak operatorzy ich nastawili.
Polactwo – poza wyjątkami – miało jeszcze jedną bardzo osobliwą cechę: cierpiało na syndrom sztokholmski czyli im bardziej było bite i gwałcone, tym bardziej kochało swojego kata i gwałciciela. Najpierw Polactwo masowo rzuciło się na kredyty we frankach bo operatorzy tak chcieli. I szybko zaczęło płakać do poduszki.
Kiedy mądrzy ludzie tłumaczyli Polactwu aby pożyczało w walucie, w której zarabia, zostali przepędzeni kijami! Polactwo uwierzyło, że doradca bankowy działa w interesie Polactwa a nie swojego banku.
Nienauczone niczego, kilka lat później rzuciło się na fajzerki, zupełnie zapominając, że wciska im je ten sam, który wciskał im franki. I zaczęły się dziwne przypadki „nagle z przyczyn nieznanych” ale mechanizm racjonalizacji własnej głupoty kazał dumnej nacji wypierać fakty – a weź spierdalaj foliarzu!
Nie minęło wiele czasu i znów operator przestawił tryby w maszynie – wspieramy Ukrainę! Za cenę własnej zguby Polactwo rzuciło się na pomoc przybyszom z sąsiedniego kraju.
Operator ciągle trzyma rękę na guzikach socjotechniki. Te guziki są tak niesamowicie magiczne, że rasowi egoiści, którzy by sąsiada utopii w łyżce wody, z poniedziałku na wtorek stali się wspaniałami altruistami!
Władcy emocji wiedzą o Polactwie wszystko. Wiedzą, że na hasło rzuci się ono na papier toaletowy w Lidlu, na cukier w Kauflandzie i na gówno w kałuży. To tylko kwestia przestawienia trybów w fabryce czekolady.
Dawna kraina Polandia upadła bo musiała. W tym byłym kraju istniał bowiem węzęł gordyjski nie do rozwiązania. Polactwo wybierało sobie ciągle jako swoich przedstawicieli u władzy, wciąż tych samych operatorów maszyn. Wciąż tych samych katów i gwałcicieli. Nie mogli inaczej bo operatorzy fabryczni stanowili logiczną emanację stanu ich ducha. To było braterstwo krwi.
Najpierw z Polandii przepędzono wszystkich, którzy ostrzegali. Potem tych, którzy probowali rozsupłać węzęł. Aż w końcu pozostali na placu boju tylko masochiści na dole i szefowie fabryki na górze. Ostanim akordem chocholego tańca był słodki rechot tych na górze i apel skierowany do Polactwa na dole: nie przepychajcie się tak na drodze do rzeźni! Dla każdego mamy tam miejsce, spokojnie!
Ludzkie pany, po tym apelu znów wybrano ich w wyborach powszechnych do rady nadzorczej Fabryki Czekolady. Bajka bez happy endu.
P. S. Wrzucam na życzenie jednej miłej osoby bo kiedyś ten tekst już był u mnie na fb.
Zostaw komentarz