W nowoczesnej Polsce wszystko musi być „na już”. Szybka dostawa, szybki internet, szybkie opinie i jeszcze szybsze oburzenie. Nic więc dziwnego, że polityka też próbuje nadążyć za tempem paczkomatu.

„Szybki rozwód” — krzyczą jedni, jakby chodziło o ekspres do kawy: wrzucasz kapsułkę, naciskasz przycisk i po sprawie. „Szybka aborcja” — odpowiadają drudzy, jakby dyskutowali o aplikacji do zamawiania taksówki. Wszystko sprowadzone do sloganu, do hasła, do krzyku na banerze.

A gdzieś po drodze gubi się fakt, że za każdym z tych „szybkich” rozwiązań stoją ludzie. Z historią, emocjami, dramatami, których nie da się załatwić jednym podpisem ani jednym wetem.

Bo przecież najłatwiej jest uprościć. Podzielić świat na „za” i „przeciw”. Dodać czerwone tło, mocny font i hasztag. I już — debata publiczna gotowa.

Można iść dalej tym tropem. Skoro wszystko ma być szybkie, to może: – szybkie pojednanie narodowe w 15 minut, – szybka reforma służby zdrowia do lunchu, – szybkie rozwiązanie wszystkich sporów przed weekendem? A może szybka eutanazja przed lunchem?

Brzmi absurdalnie? No właśnie.

Polityka zamieniona w konkurs na najbardziej chwytliwe hasło przestaje być rozmową o rzeczywistości, a zaczyna być walką na memy. A mem — jak wiadomo — nie służy do myślenia, tylko do reagowania.

Najgorsze w tym wszystkim nie jest to, że ktoś coś upraszcza. Najgorsze jest to, że zaczynamy w to wierzyć. Że naprawdę oczekujemy, iż skomplikowane sprawy społeczne da się rozwiązać szybko, łatwo i bez konsekwencji.

Nie da się.

Ale spokojnie — na pewno ktoś już pracuje nad aplikacją, która to obieca.

I pewnie znajdą się tacy, którzy ją zainstalują.