Jeszcze niedawno słyszeliśmy, że przez ocieplenie klimatu w Polsce za chwilę będą rosły cytrusy, zimy znikną, a Bałtyk stanie się Adriatykiem północy. Człowiek wyobrażał sobie życie w lekkiej lnianej koszuli, z winoroślą na balkonie i wieczornym śpiewem cykad gdzieś między Radomiem a Siedlcami.
Tymczasem jest koniec maja, a pół kraju dokłada do pieca.
To chyba jedyny region świata, w którym katastrofa klimatyczna objawia się tym, że człowiek siedzi w domu w polarze i mówi: — Podaj jeszcze drewna, bo pizga.
Eksperci pokazują mapy świata na czerwono. Rekordowe temperatury. Topniejące lodowce. Susze. Alarmy ONZ.
A u nas Janusz o szóstej rano odpala kopciucha i patrzy w niebo z miną człowieka, który właśnie oszukał globalne ocieplenie.
Najbardziej niezwykłe jest to, że Polacy nawet zmianę klimatu przeżywają gospodarczo. Nie interesuje nas średnia temperatura planety. Interesuje nas, czy „ciągnie od okna” i ile poszło pelletu od początku maja.
Europa debatuje nad neutralnością klimatyczną, a my stoimy przy piecu i prowadzimy najważniejszą analizę energetyczną sezonu: — Jak tak dalej pójdzie, to do czerwca będziemy palić.
I wszyscy kiwają głowami ze smutkiem, jakby właśnie upadł wielki narodowy projekt.
Najbardziej cierpi psychika człowieka. Bo z jednej strony media tłumaczą, że planeta płonie. Z drugiej strony człowiek w domu odpala trzeci dzień ogrzewanie i zaczyna podejrzewać, że może ta planeta płonie, ale gdzieś indziej.
Maj stał się miesiącem pełnego chaosu ideologicznego. Rano słuchasz podcastu o katastrofie klimatycznej, po południu kupujesz brykiet, a wieczorem przykrywasz się kocem i sprawdzasz prognozę z nadzieją, że może jednak w przyszłym tygodniu będzie te osiemnaście stopni.
I tylko producenci pieców zachowują spokój. Oni wiedzą, że niezależnie od scenariuszy klimatycznych Polak i tak będzie siedział wieczorem przy kaloryferze, mówiąc: — No piękną mamy tę tropikalną pogodę. Jeszcze trochę i palmy zaczną marznąć.
Zostaw komentarz