Po pierwsze, za ich dworce kolejowe, a zwłaszcza rampy kolejowe, nierzadko już nieczynne, które nie tylko dają dach nad głową, ale także stanowią doskonały punkt obserwacyjny nocnego życia kolejowego. Zawsze przed podjęciem decyzji o rozbiciu obozu na rampie, sprawdzam czy dach jest szczelny i czy za przeproszeniem – nie jest nasrane. Bo są pewne granice tego noclegowego hardkoru. Rampa ma tę zaletę, że jest w granicach dworca, ale zazwyczaj poza zainteresowaniem służb porządkowych. A nawet jak się pojawiają, daje się na ogół zauroczyć opowieścią o miłości do lokalnej kolei.

Po drugie, za słoneczniki i kukurydzę. Można setki kilometrów przejechać i mieć po lewej lub prawej stronie te dwie niewymagające żyznych gruntów i jakiejś szczególnej pieczy rośliny. Złociste łany zboża są już raczej w praktyce niespotykane. Gdyby kiedyś powstała jakaś Unia Bałkańska, koniecznie w swoim godle i na fladze powinna mieć słonecznik i kolbę kukurydzy. Z jakimś cytatem rumuńskiego lub bułgarskiego poety-powstańca zabitego przez Turków. Zapach tych dwóch roślin wdziera się w nozdrza i zostaje jeszcze kilka dni po powrocie z Bałkanów.

Po trzecie, za panujący tam swoisty mikroklimat obuwniczy. Mężczyźni obuci są we wzuwane rozdeptane laczki. Mają one tę zaletę, że nie trzeba schylać się przy ich zakładaniu, a ponadto siadając gdzieś dla odpoczynku, łatwo je zzuć uwalniając zmęczone stopy. Laczki muszą być koniecznie w cenie do 20 zł za parę. Ze sztucznej skóry lub z gumo-plastiku. Droższe modele się nie sprawdzają.

Po czwarte, za starych ludzi, których uwielbiam fotografować. Bałkany to jeden wielki dom starców (z wyjątkiem Albanii i Kosowa), skąd młodzi wyjechali, a dzieci, które jakimś przypadkiem tam się rodzą dojrzewają w atmosferze pogrzebów i opowieści o śmierci i wielkich czynach ich zmarłych dziadków. Temat śmierci dominuje w każdym dłuższym dyskursie. Wspomina się nie tylko zmarłych, ale także „zmarłe” państwa, w których rzekomo płynęły rzeki miodem i mlekiem. Kiedyś to były czasy, teraz nie ma czasów.

Po piąte, za przejścia graniczne usrane do bólu oczu różnego rodzaju plakatami, ulotkami, na w pół bezpańskimi psami, niedopranymi flagami, spoconymi celnikami w rozchełstanych koszulach, nieczynnymi klimatyzatorami, petami rzucanymi gdzie popadnie. Lubię te odprawy i dziwię się, że współczesna młodzież za jedną z najważniejszych korzyści wejścia do Unii Europejskiej wymienia brak konieczności poddawania się odprawom granicznym. Tymczasem odprawa graniczna bywa okazją do zamienienia słowa ze znudzonym pogranicznikiem, a gdy dochodzi o głębszej rewizji auta – udawania idioty. Poza tym, przekraczając takie granice ma się poczucie, że podróż ma faktycznie międzynarodowy charakter.

Po szóste, za potrawy z grilla w najróżniejszych postaciach i konfiguracjach. Ćevapi/mici/kjufte, kura na patyku, jagnięcina z rusztu, do tego grillowane papryki, bakłażany, cukinie. Specyficzne miękkie i soczyste pieczywo. Za rakiją nie przepadam, zawsze mam po niej jakieś problemy. Nie jest mi pisana w przeciwieństwie do Jelen pivo.

Po siódme, uwielbiam patrzeć na miejsca, które nie tylko swoje złote czasy mają za sobą, ale które wyraźnie i spektakularnie się rozpadają. Na ruiny dworców i wiat kolejowych, nieczynne torowiska, zardzewiałe przystanki autobusowe, podupadłe domy kultury, zdewastowane place zabaw, zafajdane kible narciarskie, i co najsmutniejsze – na zniszczone domy z zapadniętym dachem lub te jeszcze w dobrym stanie z napisem „na sprzedaż”. Uruchamiają one wszystkie we mnie najgłębsze pokłady mojego „ja”, a mianowicie fascynację dekadencją, której rewersem są wyobrażenia o niegdysiejszej świetności tych miejsc.

A tak w ogóle to nienawidzę jeździć na Bałkany, ale nałóg jest silniejszy ode mnie.

Autor: prof. Radosław Zenderowski
Polski socjolog i politolog, profesor nauk humanistycznych, profesor zwyczajny w Katedrze Stosunków Międzynarodowych i Studiów Europejskich Uniwersytetu Kardynała Stefana Wyszyńskiego w Warszawie, kierownik tej katedry.