Postrzeganie walki w sądownictwie jest często takie: jedni walczą o to, żeby je zmienić na gorsze, gdzie sędziego mianować będzie niekonstytucyjny organ, bez opiniowania zgromadzenia sędziów danego sądu, bez dokumentów, bez kontrkandydatów, metodą na skoczka (zajmowanie we względnie krótkim czasie wielu stanowisk), z powodu zasług dla władzy.

Drudzy – żeby było tak samo jak dotychczas, przed deformami PiS. Ponieważ to drugie to tzw. mniejsze zło, to i mi bliżej do tych drugich.

Żadna jednak z opcji nie widzi, że problemu sądownictwa nie da się rozwiązać szybko, a tym bardziej przez przywrócenie tego co było. Problemem sądownictwa jest mentalność sędziów jako środowiska, zmianie której ustawa może tylko nadać kierunek i oczekiwać na efekty. Jeżeli zwycięży opcja Pana Ministra Ziobry, to mentalność sędziów kształtować się będzie na styl czynowników rosyjskich. Będą wiedzieli i czuli, że obsługują władzę wykonawczą, a ich kariery będą uzależnione od kryteriów, które jeszcze dzisiaj decydują o tym, że sędzia Schab negatywnie przeszedł test bezstronności. .Jeżeli zwycięży opcja opozycyjna do tej wizji, którą dzisiaj reprezentuje Iustitia, oznaczać to będzie kontynuowanie królowania mentalności korporacyjnej, której towarzyszy kształtowanie się nowych kadr w wyizolowanym, sterylnym środowisku szkoły sędziowskiej w Krakowie, po której wychodzi się bardzo wyedukowanym, ale czy mądrzejszym?

Sądzę, że wątpię, a myślę, że nie ma adwokata/radcy prawnego, który by nie miał doświadczenia wyroku, gdzie las zasłonił sędziemu widok drzew. A żeby było mniej poetycko: gąszcz przepisów zasłania sędziemu człowieka.

Bywa, że doktryna – jak woda – gasi sędziemu ogień elementarnej, ludzkiej sprawiedliwości. Bo w książkach prawniczych, tych potrzebnych do zdawania egzaminów, o sprawiedliwości naprawdę niewiele jest napisane.

Tej sytuacji nie zmieni się ani rewolucją bolszewicką ziobrystów, ani kontrrewolucją środowisk Iustitii i bezkrytycznie popierających tę kontrrewolucję adwokatów i radców prawnych.

Środowiska zawodowych pełnomocników, co jest trochę dziwne, nie formułują własnej propozycji ustaw dotyczących sądownictwa, a jeżeli to robią to raczej nieśmiało. Jasne jak słońce jest, że większość środowiska pełnomocników/obrońców popiera dzisiaj sędziów, co ustawia je po jednej ze stron barykady sporu politycznego. Ale czy ta droga „stania murem” za sędziami jest aby na pewno jedyną słuszną?

Nie chcę tu być może małostkowy, ale to sędziowie Sądu Najwyższego wydają wyroki, w których twierdzi się, że wynagrodzenie adwokata reprezentującego kilku tzw. współuczestników formalnych, czyli takich, z których każdy, chociaż występuje po jednej stronie jako powód lub pozwany, to jednak prowadzi własną sprawę (np. w sprawie o czynsz najmu właściciel dwóch mieszkań pozywa w jednym pozwie dwóch najemców) powinno być „miarkowane”, czyli przerzucone na wygrywających sprawę współuczestników. Może jest to jeszcze, od biedy, zrozumiałe w sporze między obywatelami, ale w sporach tychże obywateli z państwem jest swoistym kuriozum.

Przepełnione tymczasowo aresztowanymi zakłady karne to też nie wina „ziobrystów” czy „PiS”. Tymczasowe aresztowania w Polsce stosują sędziowie. Ci wykształceni w tej mądrej szkole w Krakowie.

Obecny konflikt na linii władza – sędziowie jest postrzegany często jako kłótnia w rodzinie, która się skończy wraz ze zmianą władzy. A kiedy się skończy – żaden sędzia nie stanie za adwokatem nawet wtedy, kiedy nowa władza wpadłaby na pomysł, że adwokatem może być każdy, albo, że adwokat jest zobowiązany do darmowej pracy przez określony czas. Innymi słowy – sędzia stoi raczej tam, gdzie stoi państwo.

Tymczasem rolą adwokata jest – co by nie mówić i jakby to patetycznie nie brzmiało – służba społeczeństwu. „Adwokatura powołana jest do udzielania pomocy prawnej, współdziałania w ochronie praw i wolności obywatelskich oraz w kształtowaniu i stosowaniu prawa” – to musiałem sobie wbijać do głowy w czasie odbywania 3,5-letniej aplikacji adwokackiej. Innymi słowy adwokat stoi tam, gdzie obywatel. To, że adwokat jest „z i dla” społeczeństwa i powołany jest do współdziałania w ochronie praw i wolności obywatelskich (sic!) oraz w kształtowaniu i stosowaniu prawa, powinno być zobowiązaniem do włączenia się do publicznej dyskusji nad dalszym losem sądownictwa i zaproponowania własnych rozwiązań. A punktem do wyjścia dla takiego projektu, albo – lepiej rzecz ujmując – ideą przewodnią, powinno być pojęcie mentalności. Ta bowiem powinna być wśród sędziów zorientowana na ochronę praw i wolności obywateli, a tego – jak już napisałem – w podręcznikach prawniczych przyszły sędzia nie wyczyta.

Stawiam więc pytanie, czy adwokat/radca prawny po kilku co najmniej latach praktyki, autor fachowych publikacji, działacz społeczny nie będzie lepszym sędzią niż nawet prymus po szkole sędziowskiej? Stawiam hipotezę, że tak. Ciekawą byłaby tu metaanaliza wyroków wydawanych przez byłych zawodowych pełnomocników, obecnie sędziów. Podejrzewam, że nikt dotychczas jej nie przeprowadzał, a wnioski mogłyby się okazać obiecujące. Jakość stali zależy bowiem od środowiska, w jakim się ona hartuje.

Drugim, na pewno nie mniej ważnym abstrakcyjnym pojęciem, którym taki „adwokacki” projekt ustawy o sądownictwie powinien się zająć to sprawiedliwość. Pojęcie to można zdefiniować jako oddanie komuś tego, co mu się słusznie należy. Jest więc sprawiedliwość sposobem rozwiązywania konfliktowych interesów.

Ale skąd wiadomo co i komu się słusznie należy? Żeby to wiedzieć potrzeba zagłębić się w lekturę orzecznictwa sądów. A to z kolei musi być w miarę jednolite, czyli rozstrzygać podobne sprawy w podobny sposób. Inaczej nikt nie będzie wiedział „co mu się słusznie należy.”

Sądy w tych samych stanach faktycznych potrafią wydawać tak różne orzeczenia, że czyni to pracę adwokata podobną do błądzącego we mgle. Konia z rzędem temu, który znajdzie mi zawodowego pełnomocnika, który będzie wiedział o jaką kwotę wystąpić z pozwem do sądu w np. sprawie o ochronę dóbr osobistych. W tych samych stanach faktycznych sądy wydają tak skrajnie różne orzeczenia, nawet ten sam sąd (!) rozpatrując kilka podobnych spraw, że trudno tu uchwycić jakąś logikę. Ustawodawca teoretycznie przewidział mechanizmy ujednolicania orzecznictwa tylko pytanie, czy nie są one za słabe. Czy nie należy przemyśleć wprowadzenia narzędzia, które pozwoliłoby obywatelowi w jakiś sposób wpływać na jednolitość orzeczeń, nawet, jeżeli to narzędzie mógłby wykorzystywać tylko profesjonalny pełnomocnik? W krajach anglosaskich precedens wyznacza obywatelowi jakiś horyzont. W Polsce obywatel nigdy nie może być pewny, jakie rozstrzygnięcie zapadnie.

Tytułem przykładu odwołam się do dwóch spraw z mojej praktyki. Obydwie sprawy dotyczyły zachowku. W tle sporu była nieruchomość. W jednej z nich reprezentowałem powoda, w drugiej pozwanego.

W pierwszej ze spraw powódka mieszkała w Polsce, a pozwana w USA. Wniosłem o zabezpieczenie nieruchomości przed sprzedażą , jednak Sąd Okręgowy w Warszawie oddalił mi ten wniosek, a Sąd Apelacyjny utrzymał orzeczenie w tym przedmiocie w mocy gdyż, zdaniem składów orzekających nie udowodniłem, że istnieje ryzyko sprzedaży nieruchomości. Oczywiście nieruchomość szybko została sprzedana i pomimo zaliczenia mojej Klientki w poczet spadkobierców, nigdy nie uzyskała ona nic ze spadku.

W drugiej analogicznej sprawie reprezentowałem pozwanego z Kanady. Powód mieszkający w Polsce uzyskał w Sądzie Okręgowym w Warszawie zabezpieczenie, a Sąd Apelacyjny w Warszawie utrzymał je w mocy gdyż, jak mi wyjaśniły oba sądy, istniało ryzyko, że pozwany szybko tę nieruchomość sprzeda lub przepisze i nie będzie można odzyskać należnemu powodowi substratu zachowku.. Było to 7 lat temu, a sprawa trwa do dziś.

Orzekanie w obu sprawach odbywało się w tym samym roku. Zapewniam czytających nie będących prawnikami, że tego typu historie może, na podstawie swojej własnej praktyki, opowiedzieć każdy, kto wykonuje zawód profesjonalnego pełnomocnika.

Niejednolite orzecznictwo buduje więc wśród obywateli poczucie niestabilności i obywatel zaczyna być przekonany, że korzystny wyrok można sobie po prostu załatwić. To ostatnie przekonanie uderza bezpośrednio w profesjonalnych pełnomocników. „Ten pełnomocnik lepszy, który ma lepsze układy w sądzie” – myśli obywatel. Zapewne są pełnomocnicy, które to przekonanie obywatela przekuwają na swoją korzyść, co widać zwłaszcza w mniejszych sądach, gdzie taki pełnomocnik zwraca się do każdego napotkanego pracownika na „Ty”, a nawet – co sam widziałem – strzela sobie „misia” ze znajomym sędzią.

Żeby tym i innym patologiom (o których musiałbym pisać przez wiele dni) dziejącym się w sądach zapobiec, środowiska adwokatów i radców prawnych powinny formułować własne postulaty dotyczące regulacji materii sądownictwa. Poparcie dla niezależnych sędziów, takich jak Tuleya, Gąciarek, Wróbel i inni jest bardzo ważne, ale nie jest pożądane, żeby po zwycięstwie, w które nie wątpię, pozostała pustka, którą szybko wypełni „to, co było” bo taki stan jest dla społeczeństwa nie do zaakceptowania i grozi szybkim powrotem środowiska besserwiserowskich naprawiaczy.