Jako częsty krytyk partii rządzącej, chciałbym dzisiaj napisać coś, co jest – przynajmniej częściowo – pewną akceptacją politycznych kierunków myślenia, które uważam za pożyteczne, a które zaprezentował ostatnio Pan Kaczyński.

Otóż jest to wyznaczanie kierunków, celów, zagospodarowywanie jakichś marzeń o lepszej Polsce, które nie są zaledwie jakąś wypadkową bieżącej naparzanki politycznej. Być może za mało czytam jakichś powiedzonkowych „niemieckich łonetów” ale wydaje mi się, że żaden opozycyjny polityk, łącznie z Donaldem Tuskiem, a właściwie z Donaldem Tuskiem na czele, takiej wizji w ostatnich czasach nie kreślił, a jeżeli to robił, to coś za mało o tym było słychać.

Owszem, ktoś się z Kaczyńskiego może śmiać, że wczoraj Japonię, dzisiaj Kanadę, a jutro pewnie USA będziemy doganiać. Ale jego wyborcy mu w tę wizję wierzą i nie wolno tego lekceważyć. Co z tego, że w ustach Prezesa PiS takie słowa brzmią jak jakieś bajdurzenia bezzębnego dziadka o landrynkach?

Sam Kaczyński wskazuje, że dogonienie Kanady będzie wiązało się z koniecznością wykonania przez Polskę skoku technologicznego. Tymczasem jego rządy, charakteryzujące się m.in. spadkiem stopy inwestycji prywatnych do poziomu potrzebnego zaledwie do utrzymywania aktualnego stanu parku technologicznego na poziomie co najwyżej status quo, są tej wizji zaprzeczeniem.

Inwestycje w Polsce jako procent PKB (nakłady brutto na środki trwałe) spadły z poziomu 20,1% w 2015 r. do 16,6% w 2021 r., osiągając jednocześnie najniższą wartość od 2005 r. W tym samym okresie inwestycje w Unii Europejskiej (średnia dla 27 krajów) wzrosły z poziomu 20,2% do 22% PKB.

Na dłuższą więc metę Kaczyński buduje zatem skansen, a nie Japonię, czy Kanadę. Skansen, z którego chce uciekać coraz więcej specjalistów, pogardliwie określanych przez elektorat i media partii rządzącej „lemingami”.

Według Pana Morawieckiego Polskę opuściło ponad 20 tysięcy lekarzy, a do 30 czerwca 2022 roku do Naczelnej Izby Lekarskiej wpłynęło 445 wniosków o wydanie zaświadczeń o postawie etycznej od lekarzy ubiegających się o uznanie kwalifikacji w innych krajach. To prawie tyle, co przez pełne 12 miesięcy w latach ubiegłych. Podobnie wygląda sytuacja z lekarzami dentystami.

Przykłady w innych branżach można mnożyć, ale należy jeszcze pamiętać, że na studia idzie pokolenie dzieci rodziców, którzy przez 30 lat w Polsce zdążyli się już całkiem przyzwoicie dorobić. Wcale nie tak znikoma liczba tych dzieci nie jest zainteresowana zdobyciem dyplomu uczelni znajdującej się w światowych rankingach w 4tej, czy 5tej setce. A tylko na taki mogą liczyć w Polsce. Zaczyna się więc emigracja przyszłych specjalistów. To są bezpowrotne straty i nie widać starań partii kierowanej przez Pana Kaczyńskiego, żeby ten trend odwrócić.

Polska łaknie więc wizji jakiejś poprawy jak kania dżdżu. Dopóki takiej nie ma – jest wojna na hasła. W tej wojnie zwycięża Jarosław Kaczyński, bo on nie dość, że mami wyborców przyszłą Japonią czy Kanadą nad Wisłą, to jeszcze aplikuje im ersac w postaci szerokiej oferty świadczeń socjalnych wypłacanych z budżetu.

Dla wyborców w kraju, gdzie wiedza o podstawowych zasadach ekonomii, szacunek dla nauki i kult dla pracy umysłowej, delikatnie rzecz ujmując, nie zajmują stopnia na podium wartości społecznych, polityka taka jest po prostu bardziej zrozumiała. Zwłaszcza, że obecnie jej tło stanowi rozbudowa (przynajmniej propagandowa) armii, stanowiąca źródło dumy dla wielu.

Hasła o praworządności, którymi szermuje Donald Tusk, przez taką narrację się po prostu nie przebijają, tak jak te, o aborcji, czy związkach partnerskich. Dla Polaków na prowincji są to hasła wielkomiejskich elit, nijak współgrające z tym, o czym myśli mieszkaniec Polski powiatowej, który np. otrzymał mandat za obtarcie czyjegoś samochodu na parkingu sklepowym w wysokości równej prawie połowie swoich miesięcznych dochodów.

Nawet obecny wzrost poparcia dla Platformy Obywatelskiej, która już ustępuje PiS nie o 13 (jak w wyborach w 2015 r.) ale o jakieś 5 – 6 procent, jest wynikiem raczej powolnego kruszenia się polityki partii rządzącej niż wynikiem zainteresowania wizją Platformy.

Dodatkowo narrację swoją Kaczyński snuje w miastach i miasteczkach wschodniej Polski, do których, zamknięci w Twitterze politycy Platformy rzadko zaglądają, o ile w ogóle. Kiedyś zapytałem Marcina Kierwińskiego o to wprost – dlaczego politycy PO są nieobecni na przykład w powiatach południowego Mazowsza. Wskazałem, że nawet Andrzej Duda potrafi przyjechać do – bodajże pięciotysięcznego – Lipska, tymczasem mam wątpliwości, czy którykolwiek poseł PO ma w ogóle pojęcie gdzie Lipsko, czy leżący o ok. 30 km bliżej Warszawy, Zwoleń się znajdują. Otrzymałem odpowiedź, że to są „pisowskie powiaty”. Z całym szacunkiem, ale nie była to dla mnie odpowiedź polityka, który jest zdeterminowany wygrać najbliższe wybory.

Jeżeli więc Platforma chce naprawdę pokonać PiS w nadchodzących wyborach, to powinna przedstawić swoją wersję „I had a dream” Martina Luthera Kinga. Musi opowiedzieć swój sen nie tylko temu Polakowi z Warszawy, Poznania, czy Wrocławia, ale również temu z Łap, Przeworska i Ciepielowa. Nie opowie tej historii sam lider, który schował za sobą pozostałych polityków swojej partii. Prędzej już dostanie zawału. Nie rozumiem więc dlaczego tak mało aktywni są pozostali politycy głównej partii opozycji.

Kto pamięta kampanię PiS w 2015 r.? To była drużyna: Andrzej Duda, Beata Szydło, Marcina Mastalerka (prawdziwa szara eminencja tej kampanii) i kilku innych, którzy właśnie wtedy wypłynęli. Żenujący, wydawałoby się spektakl malowania szkoły w Pcimiu pokazał elektoratowi: my z Was, my nie z „Warszawki”. Co z tego, że malowano ściany, w których jeszcze nie wstawiono okien? Swoją drogą, symboliczne to było i jakże zapowiadające to, co niedługo tak szybko zaczęło się materializować? Bo my te ściany bez okien do dzisiaj malujemy.

Fot. Gov.pl