To jest kontynuacja historii opisanej przeze mnie w tekście „Darmozjady”. Dlatego pierwszą część przypomnę w skrócie.

1 grudnia 2025 r. miałem drobny wypadek drogowy, po którym policja stwierdziła, że nie mam jednousznego aparatu słuchowego. To była prawda. A w prawie jazdy miałem wpisany kod ograniczeń 02.01, oznaczający obowiązek prowadzenia pojazdu w aparacie słuchowym.

Na tej podstawie uznano moją winę i złożono wniosek o ukaranie mnie w postępowaniu wykroczeniowym. Postawiono mi dwa zarzuty: prowadzenia pojazdu bez uprawnień oraz stworzenia zagrożenia w ruchu drogowym.

Nigdy nie miałem problemów ze słuchem. Kod 02.01 był zwykłym czeskim błędem – odwróceniem cyfr kodu 01.02 oznaczającego szkła kontaktowe. Potwierdziłem to, poddając się badaniom lekarskim 4 grudnia 2025 r. Otrzymałem orzeczenie z właściwym kodem 01.06 (okulary lub szkła kontaktowe), bez jakichkolwiek ograniczeń dotyczących słuchu.

Wszyscy przyjęli to do wiadomości i… nic. Argumentacja była prosta: nie ma procedury umożliwiającej poprawienie błędnego wpisu w prawie jazdy, które miałem 1 grudnia, więc muszę ponieść konsekwencje braku aparatu słuchowego. A skoro to kwestionuję, to podnoszę rękę na autorytet państwa.

Tak myśli zarówno Urząd Miasta Łodzi, jak i Wydział Wykroczeń i Przestępstw w Ruchu Drogowym Komendy Miejskiej Policji w Łodzi. W efekcie z powodu jednego błędnego kodu toczą się dwa postępowania – karne i administracyjne.

5 czerwca sąd rejonowy umorzył postępowanie karne, uznając, że zarzucany mi czyn nie ma znamion wykroczenia. Sąd wykonał przy tym pracę, którą wcześniej powinien wykonać wydział do spraw wykroczeń policji – sprawdził, czy istnieją jakiekolwiek ślady medyczne świadczące o tym, że kiedykolwiek miałem problemy ze słuchem.

Teraz rozumiem, dlaczego sądy są tak bardzo zawalone robotą. Skoro jednak wydział do spraw wykroczeń niczego nie robi, to może należałoby go zlikwidować. Niech postępowanie wyjaśniające prowadzą sądy, a wypasionych oficerów można wtedy ubrać w mundury i wysłać do obrony granicy z Białorusią. Niech się do czegoś przydadzą.

To prawda, że w postępowaniu wyjaśniającym odstąpiono od zarzutu stworzenia zagrożenia w ruchu drogowym. Ale na jakiej podstawie w ogóle mi go postawiono? Przypomina mi to metody komunistyczne, gdy do jednego wykrytego przestępstwa dokładano kilka niewykrytych, aby poprawić statystyki wykrywalności. Mnie do jednousznego aparatu słuchowego „doklejono” stworzenie zagrożenia w ruchu drogowym.

W konsekwencji jednak sytuacja stała się jeszcze bardziej absurdalna niż poprzednio. Za sam błędny kod w prawie jazdy, bez żadnej innej winy, nałożono na mnie na wniosek policji w trybie nakazowym grzywnę 1500 zł i zakaz prowadzenia pojazdów przez pół roku. Nie zrobiono tego, gdyż policja uznała mnie za zagrożenie na drodze, ani nawet nie dlatego, że nie wierzyła, iż kod ograniczeń był błędny, ale… ot tak sobie – bo nie ma procedur.

Postanowienie sądu rejonowego, które unieważniło wyrok nakazowy, nie jest jeszcze prawomocne. Policja może się poczuć urażona i od niego odwołać. Bo przecież szczera prawda jest taka, że jechałem bez aparatu słuchowego.

W postępowaniu administracyjnym Samorządowe Kolegium Odwoławcze odwołało się od wyroku Wojewódzkiego Sądu Administracyjnego. Takie są niepisane zasady biurokratycznego profesjonalizmu – w sporze z obywatelem. Należy odwoływać się w trosce o dobre imię organu do ostatniej instancji, nawet po popełnieniu karykaturalnego błędu.

Cała sprawa zaczęła się od mojego wniosku do Prezydenta Miasta Łodzi o uznanie kodu 02.01 za oczywistą omyłkę pisarską na podstawie stanu faktycznego. Organ odmówił, ponieważ błąd został popełniony w orzeczeniu lekarskim. Gdyby pomylił się urzędnik – procedura by istniała. Ale pomyłki pisarskiej lekarza orzecznika nie można poprawić – bo nie ma procedur. Łatwiej naprawić błąd medyczny lekarza niż jego czeski błąd.

Za Prezydentem poszło Samorządowe Kolegium Odwoławcze. Ciekawe, czy ono w ogóle jest w stanie zakwestionować decyzję prezydenta. Tymczasem Wojewódzki Sąd Administracyjny uznał, że oba organy popełniły błąd, ponieważ… żadnej decyzji administracyjnej w tej sprawie nie było. Kod wpisano w formie czynności materialno-technicznej.

Więc czegoś tu nie rozumiem. Sam pisałem kiedyś postanowienia dotyczące odwołań od decyzji administracyjnych. Pierwszym krokiem zawsze było odnalezienie tej decyzji. Więc ona była czy jej nie było? Czy Prezydent Miasta wydaje decyzje bez podstawy, czy też moje odwołanie od decyzji odrzucono bez decyzji?

Fajne to nasze państwo.

Oczywiście Samorządowe Kolegium Odwoławcze wniosło kasację wyroku WSA. Zrobiło to w trosce o fundusze publiczne, gdyż bez tego musiałoby mi zwrócić 100 zł kosztów postępowania sądowego.

Ale dla mnie to już jest sprawa radziecka. Spór między WSA, SKO i Prezydentem Miasta osiągnął tak wysoki poziom abstrakcji, że przestał dotyczyć mojej sprawy. Dziś chodzi już wyłącznie o przekonanie, kto ma rację.

Mnie pozostaje jedynie poczucie biurokratycznego absurdu. Jak u Kafki. Czekam więc z wypiekami na twarzy, aby dowiedzieć się, czy błędny kod wpisano do prawa jazdy na podstawie decyzji administracyjnej, czy czynności materialno-technicznej. W obu przypadkach nie ma przecież procedury pozwalającej go poprawić, ale najważniejsze jest ustalenie, w jakim trybie mój wniosek należało odrzucić – dla dobra Polek i Polaków.