– Am ieșit din sărăcie, ne vom întoarce la sărăcie [Z biedy wyszliśmy, do biedy wrócimy] – nucił od rana po rumuńsku stary Rumun nawijając na końcówkę palca wskazującego wełnę owczą.
– Czemu tak depresyjnie z rana? – zapytałem przechodząc obok. Mało ci szczęścia Parku Pokoju, stary Rumunie, nawet dogadałeś się z Węgrem bez nogi i on cię na swój sposób polubił. Masz tu legowisko od ponad roku i nikt ci go nie odbiera. Żyjesz sobie najspokojniej w życiu. Możesz nawet spuszczać z powrozu zminiaturyzowaną owcę, która pięknie karmi się świeżo wyrośniętą trawą.
– Ja jestem Wołochem – odpowiedział stary Rumun i posmutniał.
– Czyli? Co to ma do rzeczy? – zapytałem.
– My od pokoleń żyjemy w takiej niedookreślonej naukowo depresji. Jest nam jednocześnie źle i dobrze. Cieszymy się płacząc nad naszym losem. Przesiąkamy zapachem owiec, patrzymy mrużąc oczy w słońce i w gwiazdozbiór jak zapadnie noc. My Wołosi jesteśmy na wpół zwierzęta i na wpół aniołowie, ale raczej nie zwykłe ludzie. Ludzie nam tylko przeszkadzają w naszej drodze.
– Wasza depresja jest zapewne unikatowa – powiedziałem, żeby podtrzymać rozmowę.
– Och tak, na wiele sposobów unikatowa. Jedni spośród nas jak popadają w depresję, udają, że są w Sulinie i wraz z Dunajem zanurzają się w Morzu Czarnym. Tak poetycko jakby. Odpływają wtedy na kolejne pokłady Marea Neagră. Inni wybierają szczyty wysokogórskie, zwłaszcza zaś Negoiu. Tam uwielbiają tygodniami przebywać i nic nie mówić. Zamykać się w sobie. Ja tutaj przeżywam swoją depresję wieloetapowo, po kawałku, dzieląc się nią Węgrem bez nogi. Ten to dopiero ma depresję. Taką wielkonizinną, nawet nie ma szansy spieprzyć od niej w jakeś góry, ani utopić się w morzu. On to dopiero ma przerąbane – powiedział stary Rumun.
– Gdzie się podział mały Słowak? – zakrzyknął Węgier bez nogi. – Gdzie jest on? Powinien być obok mnie aby mi usługiwać. I leczyć mnie z depresji, w jaką zapadłem już jako noworodek. My Węgrzy bowiem wszyscy rodzimy się z depresję i tylko część z nas przezwycięża tę straszną chorobę. Głównie dzięki państwu, które widzi w nas swoją przyszłość. Państwo szkoli psychoterapeutów i psychiatrów, lecz ci zakończywszy edukację i szkolenia rozliczne uciekają do Wiednia. I nas nie leczą. Leczą nas za to opowieści starych hodowców mangalic. Tych sprzed wojny. Wiadomo jakiej – powiedział Węgier bez nogi.
– I co? Te czary-mary tobie pomagają? Przecież to brzmi niedorzecznie.
– Możliwe, że tak brzmi, ale odkąd wskutek takich magicznych zabiegów ożyła moja lewa, dotychczas uschnięta ręka, uwierzyłem w czary. Nauka jest do dupy, czary są ponad nią, są ważniejsze.
Zostaw komentarz