Gdy Ukraina nadaje elitarnemu oddziałowi wojskowemu nazwę „Bohaterów UPA”, w Polsce po raz kolejny słyszymy, że powinniśmy „zrozumieć ukraińską wrażliwość historyczną”. To wygodny slogan. Problem polega na tym, że od Polaków oczekuje się zrozumienia, podczas gdy od Ukraińców nie oczekuje się nawet pamięci.
Dla Polaka UPA nie jest symbolem wolności. Nie jest symbolem niepodległości. Nie jest symbolem patriotyzmu. UPA jest symbolem ludobójstwa. Symbolem siekier, wideł i pochodni. Symbolem dzieci rozbijanych o ściany stodoły, kobiet mordowanych na oczach rodzin i całych wsi znikających z powierzchni ziemi tylko dlatego, że ich mieszkańcy byli Polakami.
Można godzinami dyskutować o złożoności historii. Można opowiadać o walce z Sowietami, o marzeniach o własnym państwie i o tragedii narodu ukraińskiego. Ale żadna polityczna narracja nie zmieni faktu, że UPA ma na rękach krew dziesiątek tysięcy polskich cywilów.
Polska przez ostatnie lata okazała Ukrainie solidarność na skalę niespotykaną w swojej najnowszej historii. Przyjęliśmy miliony uchodźców. Wysłaliśmy broń. Przekazaliśmy miliardy złotych pomocy. Nasi politycy byli adwokatami Ukrainy w Europie i na świecie. Zrobiliśmy to nie dlatego, że ktoś nam kazał, ale dlatego, że uznaliśmy rosyjską agresję za zło i stanęliśmy po stronie napadniętego narodu.
I właśnie dlatego szczególnie boli, gdy w odpowiedzi słyszymy kolejne pochwały dla organizacji odpowiedzialnej za rzeź wołyńską.
Nie chodzi o zemstę. Nie chodzi o wrogość wobec Ukrainy. Nie chodzi nawet o historię sprzed osiemdziesięciu lat. Chodzi o elementarne zasady moralne. Żaden naród nie powinien budować swojej tożsamości na kulcie ludzi odpowiedzialnych za masowe mordy na cywilach.
Wyobraźmy sobie reakcję świata, gdyby Niemcy zaczęli nadawać jednostkom wojskowym nazwy związane z formacjami odpowiedzialnymi za zbrodnie wojenne, tłumacząc to ich wkładem w walkę o interes narodowy. Nikt by tego nie zaakceptował. Dlaczego więc Polakom odmawia się prawa do podobnej wrażliwości wobec UPA?
Najbardziej niepokojące jest jednak coś innego. W Polsce coraz częściej słyszymy głosy, że dla dobra bieżącej polityki należy o Wołyniu milczeć. Że trzeba „patrzeć w przyszłość”. Że historia nie może przeszkadzać sojuszowi.
To fałszywy wybór.
Silny sojusz nie powstaje na przemilczeniach. Powstaje na prawdzie. Jeśli Polacy mają szanować ukraińskie ofiary, Ukraińcy muszą szanować polskie. Jeśli Polska ma rozumieć ukraińską pamięć historyczną, Ukraina musi zrozumieć, że na Wołyniu nie zginęły anonimowe liczby, lecz konkretni ludzie — nasi rodacy.
Można wspierać Ukrainę w wojnie z Rosją i jednocześnie mówić prawdę o Wołyniu. Można życzyć Ukrainie zwycięstwa i jednocześnie sprzeciwiać się gloryfikacji UPA. Nie ma w tym żadnej sprzeczności.
Sprzecznością jest natomiast oczekiwanie, że Polacy będą bić brawo dla ludzi, których pamiętają jako katów własnych rodzin.
Wołyń nie ma bohaterów. Ma ofiary. I dopóki ta prosta prawda nie zostanie w pełni uznana, każda kolejna uroczystość ku czci UPA będzie oddalać, a nie przybliżać prawdziwe pojednanie między Polakami i Ukraińcami.
Zostaw komentarz