21 czerwca przypada astronomiczne lato. Dzień później, kalendarzowe. Za chwilę, koniec roku szkolnego i wakacje.

W czasach mego dzieciństwa, czyli w latach 70., poza „kastą” rozmaitej maści partyjnymi działaczami i tzw. prywaciarzami, niewielu Polaków mogło sobie pozwolić na zagraniczne wakacje.

Wyjazd nad Balaton lub do Bułgarii, były tylko dla tych „lepszych”.
Członków PZPR i ich rodzin.

Co zatem pozostawało?

Dla dzieciaków, letnie kolonie w opustoszałych przez wakacje, szkołach podstawowych lub specjalnych ośrodkach oraz „wędrowne obozy” organizowane przez szkolne koła PTTK.

Dla całych familii, tzw. wczasy pod gruszą, czyli na ogół, gdzieś u rodziny lub znajomych na wsi, nad morzem, czy w górach.
Było jednak sporo takich dzieci, które nigdzie nie wyjeżdżały i zostawały w domu.

I wbrew pozorom, w takim np. Wyrzysku, wcale nie narzekaliśmy na brak atrakcji.

Bo była ( i jest ) rzeka, Łobżonka oraz wiele jezior w około oraz lasy ciągnące się aż od Bydgoszczy do Piły i dalej.

Miałem dwa ulubione miejsca gdzie wraz z dzieciakami z podwórka chodziłem się kąpać w rzece.
Zaraz za moim drugim domem przy ulicy Grunwaldzkiej 6 oraz na tzw. Kuichowej Łące lub Uniwajdach.

Pierwsza nazwa powstała zapewne od nazwiska jej właściciela.
Ta druga zaś, szczerze mówiąc do dziś nie wiem, ale ładnie brzmi.
Jak np. Hawaje.

Był to spłachetek łąki porośniętej pokrzywami, ostami, kuklikiem zwisłym, niezapominajkami i miętą.
Na trawie, nierzadko można było wdepnąć w „krowie placki” bo skoro to była łąka to i krowy na niej.

Graniczył z zakolem rzeki, nad którym olchy spuszczały swe długie włosy do wody.

W tym miejscu rzeka nie była głęboka, dorosłemu do pasa.
Dzieciakom, po szyję.

Ale trzeba było uważać na wykroty po korzeniach z drzew wyrwanych przez wiosenne powodzie.
Spędzaliśmy w wodzie tak długo, aż wargi nam zsiniały, a na skórze pojawiała się „gęsia skórka”.
Wtedy to nasze mamy, babcie, ojcowie, starsi bracia lub koledzy, zaganiali nas na brzeg.

Na rozgrzaną od słońca trawę pachnącą miętą i innym łąkowym kwieciem.
Mogłem tak leżeć godzinami wpatrując się w błądzące po niebie chmury.
Popijając od czasu do czasu wodą z tzw. rozpuszczalną oranżadą, herbatą miętową lub sezonowym kompotem i zakąszając, chlebem z masłem i kiszonym ogórkiem.

Dziś te wspomnienia są jak kolorowe szkiełka w kalejdoskopie.
Wystarczy wstrząsnąć by ułożyły się we wzory.

Plamkę słońca na tafli wody.

Małe rybki przemykające między korzeniami.

Pszczołę spijającą nektar z łąkowych kwiatów.

Łobżonka, ale w innym miejscu