Moje życie od dziecka związane było z koleją, choć nie miałem w rodzinie kolejarzy. Na początek musiało mi wystarczyć, że moje życie już na starcie było wykolejone.
Jako kilkuletni chłopak uwielbiałem chodzić na dworzec pekape i obserwować piętrusy ciągnięte jeszcze od czasu do czasu przez parowóz. Gdy byłem nieco starszy zacząłem nimi jeździć do Babci do Bielska. Zawsze siadałem na piętrze i zużytym wkładem do długopisu otwierałem na oścież okno, bo co do zasady wszystkie klamki – kołowrotki były wykradzione. I miałem wywalone, że kogoś przewieje, szybko bowiem wyciągałem wkład do długopisu i mówiłem, że tak już było. Wtedy dziadersy schodziły na parter xD.
Na dłuższe trasy zacząłem jeździć w czasie studiów. Dojeżdżałem do Warszawy via Bielsko lub Zebrzydowice. Na początku lat 90. XX wieku pociągi tę trasę pokonywały w podobnym czasie co obecnie, ale faktycznie w nieco gorszym komforcie. Były jeszcze te haniebne 8-osobowe przedziały, gdzie dwóch grubych nie mieściło się na dwóch siedzeniach. Ja byłem wtedy jeszcze chudy, więc wiele nie potrzebowałem do szczęścia. Pamiętam jednak czasy, gdy kroiło się salceson na gazecie i wkładało do bułki, i zagryzało ogórkiem lub świeżuteńką cebulą. No i te herbaty w litrowych słoikach lub w termosach.
Po 1995 zacząłem kolejowo eksplorować Bałkany. Zaczęło się od Rumunii. Dworzec kolejowy w Oradei, zawszony, zapchlony i zapluskwiony stał się moją inicjacją z Europą, której jeszcze wówczas nie potrafiłem nazwać. Z dwoma kolegami zostaliśmy pogryzieni przez pluskwy śpiąc w kącie dworca w oczekiwaniu na słynną „Strzałę Karpat” jadącą do Gałacza nad Dunajem jakieś 26 godzin. Przez Karpaty.
Ta inicjacja z pociągami, które były wówczas w standardzie poniżej Bangladeszu pozwoliła mi nabrać odporności na inne potworności kolejowe. I tak zjechałem kilkadziesiąt tysięcy kilometrów bałkańskimi pociągami, dostosowując się do lokalnych warunków. Spanie na korytarzu, w kiblu czy na miejscu na bagaże stało się normą. Tak jak udawanie nieżywego przed kanarem, który w panice zatrzymywał pociąg, wzywał odpowiednie służby, gdy w tym czasie chyżo spieprzaliśmy z pociągu przez pola kukurydzy lub słonecznika nie mogąc okazać ważnego biletu.
Jakoś tak po 2000 roku zaczęło się spanie po dworcach. Nie każdy dworzec nadaje się do spania. Idealny dworzec to taki, że ma krytą dachem rampę, najlepiej już nieczynną w niewielkim oddaleniu od budynku dworca z dostępem do wody w odległości nie większej niż 150 metrów. Do tego opcja zagadania z kierownikiem stacji o podładowanie telefonu. Plus nieoczekiwane benefity w postaci zaproszenia do wspólnej konsumpcji alko. To są dworce pięciogwiazdkowe. Dworce czterogwiazdkowe nie mają opcji darmowego alko na koszt gospodarza i podładowania telefonu. Te trzygwiazdkowe ograniczają się do wody i krytej strzechą rampy. Dwugwiazdkowe mają krycie dachem lub wodę. Jednogwiazdkowe to takie, co lepiej wymienić je na noc ze szczurami i myszami w polu kukurydzy.
Bałkańskie dworce są pełne ludzi. Pociągi sa wciąż tam pewnym wydarzeniem, nie tylko zwykłym środkiem komunikacji. Ludzie przed wejściem do pociągu i po wyjściu z niego przeżegnują się. Po prawosławnemu. Kobiety w chustach, mężczyźni w kapeluszach. Toboły w workach lub reklamówkach. Żadnych plecaków. Najlepsze dwa dworce kolejowe na świecie to: Titov Veles i Bitola.
Niniejszym postem dziękuję wszystkim nabywcom mojej książki poświęconej Bałkanom. Sprzedał się niemal cały nakład. Kilka egzemplarzy sobie pozostawiłem.
Zostaw komentarz