Stoję na straganie i patrze w niebo. Z góry kapie i z nosa mi kapie, bo od ciągłych opadów nabawiłem się kataru. Przeciwsłoneczne okulary – ociemniały z tęsknoty za słońcem, grunwaldzkie miecze rdzewieją w deszczu, a mokre gęsi wyglądają, jak zmokłe kury. Utargi mam marne, niczym dziewczynka na zapałkach, więc oszczędzam. Po knajpach nie chodzę, jeno czasem rujnuje się na pomidorową z ryżem, żeby się ogrzać. Za cały obiad muszą mi wystarczyć wędzone śledzie, z komina, które
zjadam z ościami na stanowisku pracy. Z zazdrością patrzę na szefową wędzarni, pod którą co rusz podjeżdżają eleganckie auta. Ludzie wysiadają z samochodów i kupują: węgorze, łososie, halibuty, aż mi ślinka cieknie.
Klienci bulą po kilkaset złotych za ryby, więc kiedy supłam swoje osiem pięćdziesiąt za śledzie, to czuje się, jak bezdomny na wczasach.
Z tej bidy, odprawiłem żonę do domu, a kwaterę zmieniłem na tańszą. Teraz mieszkam w hotelu pracowniczym, dzieląc pokój z trzema ukraińskimi budowlańcami. Chłopaki wieczorami krzepią się pszeniczną, a ja stawiam pasjanse i liczę straty. Nic nie czytam, bo lektury, które zabrałem z Warszawy już przeczytałem, a na na nowe mnie nie stać. Nawet przecenione książki, oferowane na wyprzedażach, są dla mnie za drogie.
Ale wczoraj dogadałem się z jednym z Ukraińców i wstąpiła we mnie nadzieja. Oleg nie pije, ponieważ prócz roboty na budowie bierze nocki w miejscowej przetwórni ryb. Budowlaniec powiedział mi, że przetwórnia szuka pracowników, więc mógłbym zatrudnić się na poranną zmianę i dorobić parę groszy przy patroszeniu fląder. Praca zaczyna się o świcie, kiedy kutry wracają z połowu, kończy o ósmej rano, gdy sprawione ryby zabierają hurtownicy.
Po robocie zdążyłbym się jeszcze umyć i byłbym gotów na otwarcie straganu.
Kiedy się o tym dowiedziałem, od razu poweselałem, bo polski nauczyciel żadnej pracy się nie boi i woli być niewyspany, niż zbankrutować. Chociaż bankructwa mnie nie straszne, bo z każdego zdołałem się podnieść i nigdy nie traciłem nadziei, mimo że widmo plajty przez całe życie krążyło nade mną jak czornyj woron nad Woroneżem. – Tu pozwalam sobie na literacki wtręt, żebyście wiedzieli, że Szarek byle gęsi spod ogona nie wypadł i Mandelsztama czytał.
– Pusti mienia Woroneż – błagał poeta, ale Woroneż nie puszczał, bo był jego losem. I mnie bankructwo nie opuszczało – było moim przekleństwem i przeznaczeniem. Każde moje przedsięwzięcie handlowe, które na początku przynosiło mi wielkie zyski, kończyło się plajtą. Tak było za PRL-u, kiedy szmuglowałem półautomaty do ostrzenia kos na rynek jugosłowiański i tak działo się w początkowym okresie transformacji, kiedy importowałem mundurki marki Bo Pilot z Wietnamu. To samo spotkało mnie przy reeksporcie kozaczków z fabryki obuwia Chełmek na Zakaukazie. A o spektakularnej plajcie związanej z handlem sztucznymi perłami nie wspomnę, bo tę historię moi czytelnicy znają.
Teraz do kompletu dołączam nową, ale wciąż tę samą opowieść – trochu smutną, a jednak wesołą, bo Szarek pracą i godnością osobistą jednak wyjdzie na swoje! – Wężykiem kochani, wężykiem!

O czym z deszczowego Dziwnowa przypomina – trochu mokry, trochu śpiący – Wasz nauczyciel wspomagający.
Autor: Marek Szarek
Zostaw komentarz