Tusk dał NFZ i MZ ultimatum, jeśli do środy nie otrzyma rozwiązań w sprawie przekrętów w szpitalach, polecą głowy. Z jego punktu widzenia to dobre posunięcie, bo pozwoli zminimalizować straty wizerunkowe KO, do których przyczyniała się afera Szpitala Południowego. Mam jednak duże wątpliwości, czy to naprawi chorą sytuację nadmiernej pracy i zarobków niektórych lekarzy i niewypłacalności wielu szpitali.

Co nagle, to po diable, mówi przysłowie.

Rząd miał trzy lata by tym się zająć.
Gdyby nie sprawa pana Kasprzyka, wszystko pewnie byłoby po staremu.

Ale szczęście w nieszczęściu, gość był radnym i musiał opublikować zeznanie o swoich dochodach.
I tylko dlatego oraz czujności mediów, o wszystkim dowiedziała się opinia publiczna.

I chyba nawet sam #premier.
O cudownym jego odkryciu, czyli minister zdrowia, nawet nie wspomnę.
Bo w przestrzeni publicznej praktycznie jej nie ma.

Oraz prezydent Warszawy, który teraz jak Robespierre ścinałby głowy swoim podwładnym.

Serio?

A co robił jego nadzór właścicielski przez ten cały czas?

Gdzie byli, a właściwie, gdzie nie byli kontrolerzy z Ratusza, któremu ten szpital podlega?

To jest drugi zasadniczy problem afery ze Szpitalem Południowym i podejrzewam, że nie tylko z nim.
Biurokracja ma to do siebie, że po powyborczym zapale do pracy, po jakimś czasie, on znika.

Struktury krzepną.

Tworzą się układy, układziki.
Nikt nikomu, krzywdy nie chce zrobić, bo to ta sama, partyjna ekipa.
Bez względu zresztą na kolor legitymacji partyjnych.

I dopiero trzeba jakiegoś bodźca z zewnątrz, by gówno się z nocnika wylało.

Dymisje dwóch zastępczyń Trzaskowskiego, zapewne pod jego presją, a może samego Tuska, mają pokazać jakim jest sprawnym i zdecydowanym menadżerem.
Jak bardzo chce oczyścić swoją stajnię Augiasza.
Golenie się tępą brzytwą.

Tyle, że dla #KO to o jeden szpital za daleko.
Szpital, przez który może przerżnąć przyszłoroczne wybory.