Warszawski salon znowu lśni odbitym blaskiem fleszy, a zapach drogich cygar i najdroższych perfum stołecznej palestry miesza się z ciężką, duszną atmosferą politycznych gabinetów. Jeśli ktoś naiwnie wierzył, że zmiana u sterów władzy przyniesie nudny, bezduszny technokratyzm i chłodny profesjonalizm, ten najwyraźniej zapomniał, kto w tym mieście pociąga za sznurki, trzymając w jednej ręce kodeks postępowania karnego, a w drugiej smartfon z otwartą aplikacją X (dawnym Twitterem). Przed państwem Roman Giertych, człowiek, który z obrony litery prawa uczynił najbardziej dochodowy i widowiskowy cyrk w historii III, IV i każdej kolejnej Rzeczypospolitej.

„Układ warszawski”… ta mityczna, nieformalna sieć powiązań, gdzie status mecenasa znaczy więcej niż mandat poselski, a lojalność partyjna bywa płynna jak martini w modnym klubie przy Placu Zbawiciela, zyskał swojego niekoronowanego króla. Nasz Wielki Mecenas to postać doprawdy renesansowa – z jednej strony pierwszoplanowy aktor politycznej vendetty, z drugiej cień stojący za prokuratorskimi decyzjami, potrafiący każdą porażkę prawną przekuć w opowieść o „pisowskich złogach”. Kiedy prokuratura, ta rzekomo „nasza”, „odzyskana” i uświęcona nowym ładem, umarza głośne śledztwa (jak choćby nieśmiertelną sprawę dwóch wież i pewnego austriackiego biznesmena), pan mecenas nie załamuje rąk. O nie! On od razu wie, kogo wskazać palcem. Winni są zawsze ci drudzy, ukryci w prokuratorskich szafach, sabotażyści demokracji, którzy nie zrozumieli, że prawo ma teraz służyć wyłącznie jednej, słusznej sprawie.

Metody pracy stołecznej elity prawniczej, reprezentowanej przez Giertycha i jego serdecznych przyjaciół z palestry  jak choćby mecenasa Jacka Dubois to prawdziwy majstersztyk socjotechniki. Gdy fakty nie pasują do tezy, tym gorzej dla faktów. Przesłuchania starszych, schorowanych świadków bez dopuszczenia pełnomocnika? Ależ skąd, to tylko „głupi przepis”, niefortunny zbieg okoliczności, radosna twórczość prokuratorska, za którą nikt nie bierze odpowiedzialności, a już na pewno nie ci, którzy tę medialną burzę rozpętali. W tym świecie ludzkie dramaty i prokuratorskie naciski to zaledwie pionki na szachownicy, gdzie „skacze goniec”, a publiczność przed ekranami ma dostać jedno: igrzyska.

Satyra tej sytuacji sięga zenitu, gdy uświadomimy sobie, że w tych nieformalnych strukturach władzy nikt już nawet nie ukrywa, czym pachniałaby nominacja pana mecenasa na stanowisko Ministra Sprawiedliwości. To nie byłyby reformy. To byłyby żniwa. Absolutny festiwal medialnego grillowania, w którym Roman Giertych, choć w internecie, jak złośliwie zauważają jego koledzy po fachu, bywa toporny i regularnie „gruzowany” przez niezależnych dziennikarzy – czułby się jak ryba w wodzie. Co z tego, że w sądach i prokuraturze panuje paraliż, a obywatele czekają na wyroki latami? Najważniejsze, żeby zasięgi na platformie X się zgadzały, a liczba obserwujących rosła.

„Układ warszawski” karmi się tą kreacją. To symbioza idealna… politycy potrzebują bezwzględnego taranu z dyplomem adwokackim, a mecenas potrzebuje immunitetu i blasku władzy, by chronić własne interesy i pisać swoje „ostre” książki polityczne, których nikt o zdrowych zmysłach nie czyta, ale każdy na salonach musi mieć na półce.

Patrząc na ten spektakl z boku, jako krytyk tego bizantyjskiego układu, trudno nie odczuć głębokiego niesmaku połączonego z ironicznym podziwem. Pan mecenas i jego warszawski dwór udowodnili, że sprawiedliwość w Polsce nie jest ślepa. Ona po prostu ma bardzo dobry wzrok, nosi markowe okulary i patrzy wyłącznie w stronę obiektywów kamer, pilnując, by korona z głowy nie spadła jej ani na chwilę. A prawo? Prawo jest jak guma – w rękach tak wytrawnego mecenasa rozciąga się dokładnie tak, jak wymaga tego aktualny interes polityczny Nowogrodzkiej… przepraszam, teraz już przecież interes Alej Ujazdowskich. Zachowajmy wszak „minimum uczciwości”.