Rzecz o botostworach, niebieskich linkach i cyfrowych pułapkach zastawianych na ludzką ciekawość.

Siedzę sobie czereśnią, dzika czereśnią, w dłoni trzymam kubek z parującą, uczciwą kawą, a przed oczami mam własny trawnik. Może nieidealny, gdzieniegdzie przetkany mleczem i biała koniczyną, tu i ówdzie wygryziony przez suszę, z łąka kwietną przygniecioną ostatnim deszczem, ale mój. Wydeptany własnymi butami i znający moje codzienne krążenie między domem, ogrodem a miejscem, w którym akurat coś należałoby poprawić, podwiązać albo przyciąć. I w tym świętym, niedzielnym spokoju popełniam grzech współczesności: otwieram aplikację w telefonie, jakby była oknem na świat, a nie studnią bez dna.

Spodziewam się zobaczyć zdjęcie wnuka któregoś ze znajomych, wiadomość z Naramy, może informację, że ktoś w Roczynach znów coś zbudował, wygrał albo przynajmniej porządnie pokłócił się o coś na Facebooku. Tymczasem algorytm rzuca mi w twarz dramatyczny obrazek. Wielki, czarny amerykański pick-up, wielkości średniej stodoły, stoi rozwalony na trawniku przed lekkim domkiem gdzieś w Ohio. Według polskiego opisu ma to być jednak posiadłość położona na eleganckim osiedlu pod Warszawą.

Pod spodem czeka już rzewna historia o pani Helenie, jej zmarłym mężu Henryku, bezczelnym nowobogackim sąsiedzie Wilczyńskim oraz cieście drożdżowym z kruszonką, które wylądowało w koszu, ponieważ było „z glutenem”. Sąsiad zniszczył trawnik, upokorzył wdowę, znieważył pamięć jej męża i zapewne jeszcze złośliwie kopnąłby psa, gdyby autor przypomniał sobie, że w takich opowieściach powinien występować również pies.

A na końcu wielkimi literami stoi: „Zostawcie komentarz „TAK” poniżej i dajcie „Lubię to” aby otrzymać pełna historię”.

I już wiem, że nie trafiłem na opowiadanie. Wdepnąłem na reklamołapę.

Niebieski link i maść na hemoroidy

Nie wiem, jak fachowo nazywają te twory specjaliści od tzw. internetowego ruchu. Zapewne mają dla nich jakieś angielskie określenie, brzmiące tak poważnie, jakby chodziło o badanie ciemnej strony księżyca, a nie wyciąganie od ludzi kliknięć. Ja nazywam je prosto: reklamołapami.

Trochę dlatego, że zastawiają na człowieka łapkę, a trochę dlatego, że zaraz potem kładą swoją wredną łapę na jego ciekawości, czasie i emocjach. Najpierw pokazują wdowę, skrzywdzone dziecko, upokorzoną synową albo żołnierza zapomnianego przez rodzinę. Potem człowiek ma się oburzyć, wzruszyć, zacisnąć pięść, napisać „TAK”, a najlepiej jeszcze udostępnić historię wszystkim znajomym, żeby oni również mogli się słusznie zdenerwować.

Patrzę więc na ten ordynarny montaż i czuję, jak wzbiera we mnie ta specyficzna krew, którą my, stare pismaki, mamy chyba zakodowaną w genach – wstręt do bezczelnego fałszu. Przecież na tym zdjęciu nic się nie klei. Amerykański krążownik szos udaje samochód polskiego nowobogackiego, domek z Ohio przeniesiono pod Warszawę, a ślady opon na trawie zostawiła być może miejska kosiarka z Cleveland, której operator miał akurat gorszy dzień.

Największy majstersztyk bezczelności kryje się jednak na samym dole. Bot żąda ode mnie komentarza „TAK”, po czym systemowy komunikat chłodno oznajmia: „Komentowanie tego posta zostało wyłączone”. Masz się wkurzyć, ale nie masz prawa się odezwać.

Reklamołapa w stanie czystym. U góry żąda: „zostaw komentarz „TAK””. Kilka centymetrów niżej Facebook informuje, że komentowanie posta zostało wyłączone.

Żeby nie było, że przesadzam – poniżej zamieszczam prawdziwy zrzut ekranu z tego cudu internetowej kreatywności. Oto dokładnie ten obrazek, który algorytm rzucił mi w twarz: amerykański pick-up rozjeżdżający trawnik przed domkiem jak z przedmieść Ohio, podany polskiemu czytelnikowi tak, jakby samochód stał na Wilanowie, a nad nim stoi wielkimi literami , rozkazujące: „zostawcie komentarz „TAK””. Sam zrzut nie jest żadną metaforą ani grafiką przygotowaną na potrzeby felietonu. To autentyczny okaz reklamołapy w jej naturalnym środowisku – złapany prosto na Facebooku, zanim popłynął dalej w poszukiwaniu kolejnej ofiary.

Zaczynam podejrzewać, że nie jest to żadne przeoczenie. Czytelnik, któremu obiecano sprawiedliwość, nie może ulżyć sobie w komentarzu, więc zaczyna szukać. Klika nazwę profilu, przegląda kolejne posty, aż wreszcie trafia na tak zwany „niebieski link”. Za nim czeka zewnętrzna strona oblepiona reklamami maści na hemoroidy, cudownych tabletek na odchudzanie, aparatów przywracających słuch oraz preparatów stawiających na nogi człowieka, którego medycyna już dawno spisała na straty.

Gdzieś pomiędzy tym wszystkim ma się ponoć znajdować dalszy ciąg dramatu pani Heleny. A tabloid siedzi dziś w telefonie i bezwstydnie udaje przyjaciela.

Festiwal botostworów z Chicago

Historia o trawniku pana Henryka nie jest odosobnionym przypadkiem. To część masowej produkcji, prowadzonej taśmowo i bez kontroli jakości, bo jakość nie ma tu żadnego znaczenia. Tekst nie musi być dobry. Nie musi nawet trzymać się kupy. Ma tylko zatrzymać oko na tyle długo, żeby obok zdążyła zamrugać reklama.

Niedawno podobny botomat próbował poruszyć mnie opowieścią o wigilijnej kolacji, podczas której bogata teściowa spoliczkowała synową i oznajmiła jej, że zawsze pozostanie „śmieciem z przyczepy”. Już samo to powinno wystarczyć na kilka odcinków rodzinnego dramatu, ale botostwór nie zna umiaru. Chwilę później historia skręciła w rasowy kryminał o mafii Romano z Chicago i milionach dolarów, które przed FBI schował w sejfie prokuratury teść współpracujący jednocześnie z … rządem federalnym.

Logika leżała w kącie i kwiczała. Federalni ścigali rodzinę człowieka, z którym współpracowali, szukając pieniędzy przechowywanych w należącym do nich sejfie. Ale któż by się przejmował logiką, skoro jest mafia, Wigilia, spoliczkowana synowa i walizka pełna dolarów?

Botostwór nie zna logiki. Zna emocjonalne składniki: musi być krzywda, tajemnica, bogactwo, pogarda i nagłe odwrócenie losu. Zupełnie jakby ktoś wrzucił do garnka „Trędowatą”, „Ojca chrzestnego”, brazylijską „Izaurę” i komunikat FBI, a potem kazał maszynie gotować bez pokrywki.

Innym razem botomat tak bardzo spieszył się z produkcją, że w połowie strony postawił poziomą kreskę i bez uprzedzenia skleił opowieść o pięcioletnich trojaczkach z Miami z dramatem medycznym o niemowlętach podmienionych w szpitalu. Słuch o trojaczkach zaginął, bohaterowie zmienili imiona, a nawet liczbę dzieci, lecz reklamy wyświetlały się dalej, jak gdyby nic się nie wydarzyło.

Był też samotny snajper o mrocznej ksywie „Phantom”, który w samym środku krwawej bitwy, gdy kule świstały mu nad głową, zapadł nagle w filozoficzny letarg i zaczął wspominać głos ojca. Była wykluczona z rodziny Erin Callahan, która po piętnastu latach wróciła do domu, spała na łóżku polowym w garażu i dostała do jedzenia zimną pizzę. Później jednak podczas uroczystości wojskowej zasalutował jej komandos Navy SEALs – elitarnej formacji sił specjalnych amerykańskiej marynarki wojennej – a rodzina, która jeszcze niedawno karmiła ją jak bezdomnego kota, nagle zapomniała języka w gębie.

Literacka zupka chińska

To nie literatura. To botostwory – algorytmiczne potworki udające ludzką narrację, posklejane z cudzych pomysłów, automatycznie tłumaczone i rozciągane tak długo, jak długo można jeszcze wyświetlić obok nich kolejną reklamę. Botostwór jest przynętą, a reklamołapa – sidłem. I tu właśnie zaczyna się cała sztuczka: człowiek myśli, że czyta historię, a w rzeczywistości przesuwa się po kolejnych fragmentach tandety, które mają zatrzymać go na tyle długo, by system zdążył naliczyć następne odsłony reklam.

To jest literacka zupka chińska – tania, sproszkowana, zalana wrzątkiem przez sztuczną inteligencję i przyprawiona głosem z syntezatora mowy. W tle przesuwa się skradziony film z gry komputerowej albo nagranie, na którym ktoś bez końca kroi mydło, czyści dywan lub układa kolorowe kulki. Tekst urywa się w połowie zdania, a czasem nawet w połowie słowa. Nie dlatego, że autor zastosował nowatorski zabieg artystyczny, ale dlatego, że właśnie tam skończyła się kolejna porcja tekstu przygotowana do wyświetlenia.

Czytelnik klika dalej, bo przecież chce się dowiedzieć, czy pani Helena odzyskała trawnik, czy Erin dostała wreszcie coś cieplejszego niż pizza i czy snajper przypomniał sobie głos ojca przed bitwą, czy już po niej. Odpowiedź ciągle znajduje się kawałek dalej – za następną reklamą i jeszcze następną. Jak marchewka zawieszona na kiju: zawsze przed nosem, nigdy w zasięgu ręki.

Nie maszyna wymyśliła ten proceder. Sztuczna inteligencja nie obudziła się pewnego ranka z postanowieniem: „Od dziś będę oszukiwać emerytów historiami o wdowach i komandosach”. To człowiek znalazł sposób, aby wykorzystać maszynę do produkowania tandety szybciej, taniej i bez przerwy. Dawniej nawet grafoman musiał usiąść, pomyśleć i napisać kilkanaście stron. Dzisiaj jeden botorób może w ciągu doby wypuścić setki historii, a następnego dnia kolejne setki, bo bot nie potrzebuje snu ani honorarium, a sam botorób nie zawraca sobie głowy korektą. Potrzebuje tylko polecenia.

Emocje oddane w harendę

Za tą tandetą nie stoi żaden niespełniony pisarz, który w pocie czoła szuka czytelnika. Stoi za nią chłodny, wykalkulowany biznes nazywany, a jakże … arbitrażem ruchu. Człowieka trzeba sprowadzić na stronę, zatrzymać, przeprowadzić obok możliwie wielu reklam, a potem zastąpić następnym człowiekiem, który zrobi dokładnie to samo: kliknie, przewinie, zatrzyma się na chwilę, a system policzy kolejne odsłony.

Reklamołapy nie mają nas bawić, wzruszać ani czegokolwiek nauczyć. Mają nacisnąć w nas odpowiedni guzik. Jednego rozwścieczyć, drugiego rozczulić, trzeciego przestraszyć, a czwartego przekonać, że jeśli nie pozna dalszego ciągu, ominie go coś niezwykle ważnego.

Algorytmy mediów społecznościowych dawno odkryły bolesną prawdę o ludzkiej naturze: nic nie niesie się w sieci tak sprawnie jak złość, strach, krzywda i tania sensacja. Spokojna wiadomość przechodzi niezauważona. Oburzenie biegnie po ekranach jak ogień po suchej trawie.

Złość generuje kliknięcie. Kliknięcie generuje ruch. Ruch zamienia się w ułamki centów, a z ułamków centów, pomnożonych przez miliony ludzi, wyrasta całkiem rzeczywisty interes. Najgorsze jest jednak to, że oddaliśmy temu mechanizmowi w dzierżawę nasze najprostsze i najbardziej ludzkie odruchy: współczucie dla samotnej wdowy, podziw dla odwagi żołnierza, litość nad skrzywdzonym dzieckiem oraz potrzebę, żeby podłość została ukarana, a dobro choć raz zwyciężyło.

To przecież nie są odruchy złe. Przeciwnie – dzięki nim pozostajemy ludźmi. Reklamołapy zamieniają je jednak w towar. Współczucie staje się paliwem, gniew walutą, a ciekawość sznurkiem, za który pociąga właściciel farmy botów. Daliśmy sobie założyć łapkę, a potem pozwoliliśmy reklamołapie położyć wredną łapę na naszym czasie i emocjach.

Kawa na moim stole zdążyła już dawno wystygnąć. Patrzę na swój nieidealny trawnik, na mlecze, przygniecioną burzą kwietną łąkę, mokrą trawę i ślady własnych butów, i zostaję z ponurą myślą, że tamten wirtualny pick-up rozjechał dziś rano coś znacznie ważniejszego niż tylko trawnik pani Heleny.

I pomyśleć, że kiedyś za najtańszą internetową przynętę uchodziły seks i golizna. Nie było to może wzniosłe, ale człowiek przynajmniej wiedział, na co klika.

Dziś wystarczy amerykański trawnik pana Henryka.

Zbigniew Grzyb
Felieton z serii „PITOLENIE STAREGO GRZYBA” 🍄

PS: Ponieważ język polski nie nadąża już za rozwojem internetowego badziewia, na potrzeby niniejszego felietonu należało uzupełnić jego braki:

Bot — nazwa nie nasza, ale już w polszczyźnie zadomowiona. Cyfrowy niewolnik, który nigdy nie śpi, nie pije kawy, nie bierze urlopu i nie pyta, czy otrzymane polecenie ma jakikolwiek sens, lecz bije normy jak przodownik Birkut z filmu Wajdy. Za tę bezrefleksyjną pracowitość szczególnie ceniony przez niektórych szefów.

Botorób — właściciel botomatu. Sam nie pisze, tylko wydaje botom polecenia, a kiedy one biją normy, zajmuje się liczeniem ułamków groszy z reklam.

Botomat — automat do taśmowej produkcji wzruszeń, oburzenia i fabuł. Wrzuca się do niego wdowę, komandosa, bogatą teściową, mafię z Chicago oraz zimną pizzę, po czym naciska przycisk „generuj”.

Botostwór — produkt końcowy botomatu. Opowieść mająca początek z jednej historii, środek z drugiej, zakończenie z trzeciej, a reklamy ze wszystkich możliwych.

Reklamołapa — cyfrowa pułapka, która najpierw zastawia na człowieka łapkę, a potem kładzie wredną łapę na jego ciekawości, czasie i emocjach.

Jeżeli któreś z tych słów przyjmie się w polszczyźnie, autor gotów jest przyjąć należną mu chwałę. Jeżeli się nie przyjmie — winę ponosi oczywiście algorytm. 😉