Przeczytałem ostatnio wywiad z Ewą Siemaszko. Podtrzymuje w nim pogląd, że ludobójstwa na Polakach nie należy ograniczać do lat 1943–1944, lecz rozciągnąć na cały okres 1939–1947.

To skłoniło mnie do pewnej refleksji.

Nie ulega wątpliwości, że zbrodnicze akcje ukraińskich nacjonalistów przeciwko Polakom rozpoczęły się już w 1939 r., a po wojnie również dochodziło do zbrodniczych incydentów. Równocześnie jednak także polskie formacje miały na swoim koncie zbrodnie. Jeśli wrzucimy wszystkie te wydarzenia do jednego worka, bardzo łatwo zatrzeć granicę między zaplanowanym ludobójstwem a całym ciągiem działań wojennych i odwetowych. W efekcie wszystko można sprowadzić do tezy o „wzajemnej eskalacji przemocy”.

Tymczasem banderowskie ludobójstwo z lat 1943–1944 wyróżnia się cechami, które czynią je zjawiskiem wyjątkowym.

Po pierwsze – skala. W niespełna dwa lata zamordowano wielokrotnie więcej polskich cywilów niż we wszystkich pozostałych epizodach konfliktu polsko-ukraińskiego z okresu II wojny światowej.

Po drugie – zasięg. Na samym Wołyniu zaatakowano ponad tysiąc polskich miejscowości, a podczas Krwawej Niedzieli uderzono niemal jednocześnie na około sto. Mordowanie cywilów, wioska po wiosce, powiat po powiecie, region po regionie.

Po trzecie – organizacja. Jeszcze jako nastolatek, rozmawiając z ludźmi pochodzącymi z Kresów, słyszałem zgodnie powtarzaną opinię: to nie mogło być spontaniczne. Późniejsze lektury tylko to potwierdziły, również w relacjach samych Ukraińców – Tarasa Borowcia „Bulby” czy działaczy OUN-M.

Po czwarte – ideologia. Akcja miała swoje podstawy doktrynalne, opisane m.in. przez Mychajła Kołodzińskiego.

Mam ogromny szacunek dla Ewy Siemaszko i jej ojca za ich monumentalną pracę dokumentacyjną. Bez niej nasza wiedza o ofiarach byłaby znacznie uboższa. Tym bardziej ubolewam, że odnoszę wrażenie, iż z czasem Ewa Siemaszko znalazła się w kręgu tego, co nazywam „sektą kresową”.

Nie używam słowa „sekta” jako obelgi. Mam na myśli środowisko przekonane o posiadaniu jedynej dopuszczalnej prawdy, niechętne krytycznej dyskusji i traktujące własną narrację jak dogmat.

Paradoks polega na tym, że po stronie ukraińskiej funkcjonuje niemal identyczny mechanizm – środowisko skupione wokół Wiatrowycza. Choć obie strony głoszą przeciwstawne tezy, łączy je przekonanie o nieomylności własnej wizji historii.

Historia nie potrzebuje dwóch walczących ze sobą sekt. Potrzebuje uczciwego badania źródeł, odwagi do weryfikowania własnych poglądów i szacunku dla faktów. Tylko w ten sposób można naprawdę obronić prawdę o ludobójstwie z lat 1943–1944, nie rozmywając jej i nie zamieniając w ideologię.