Czarny kundel Kierownika Działu został rozjechany srebrnym Passatem przed samym wejściem do budynku uniwersytetu. Świadkowie zdarzenia twierdzą, że widzieli uśmiech kierowcy na twarzy w momencie, w którym przejechał psa. Podobno nawet cofnął i przejechał go jeszcze raz. Dla pewności. Do kundla nic nie miał, za to do Kierownika Działu, owszem. Kierowcą był – jak się później okazało – kierownik Katedry Badań nad Niebezpieczeństwem.
Nad przejechanym psem zebrało się grono studentek pedagogiki, część z nich nie kryła łez wzruszenia. – Ależ go pięknie rozjechał – powiedziała jedna z nich. Też chciałabym, żeby kiedyś mnie ktoś tak przejechał. – Życie boli, szybka śmierć nie – dodała inna studentka odpalając papierosa z filtrem. Inna zrobiła sobie właśnie fotkę na Instagrama, gdzie w tle leżał rozjechany pies. – Zajebiście – powiedziała.
Po kilku minutach nadbiegł Kierownik Działu. Studentki uciekły wówczas, gdyż znany był on z tego, że lubił chwytać je za końcówki uszu i szeptać do nich sprośne propozycje. Kierownik podniósł z drogi zwłoki czarnego kundla i srogo zapłakał. Miał bowiem przed oczami psa, którego tak wiele razy z satysfakcją kopał, ale potem mu to wynagradzał załatwiając mu na stołówce indywidualne dokarmianie.
– Jak można być takim nieczłowiekiem, żeby psa przed uniwersytetem przejechać – krzyczał na cały kampus.
Kierownik Działu wniósł zwłoki psa na recepcję, do budynku 32. I polecił recepcjoniście – zorganizujcie mi tu nazajutrz godny pochówek. I tak nie macie nic do roboty poza wydawaniem kluczy. Przydacie się zatem. Grób ma być płytki. Może być na tej łączce po MakPoldzie. Tam tak rano ładnie słońce świeci.
– A czy Pan Kierownik życzy sobie, żeby na grobie już zapalić świeczkę, czy później? – zapytał pracownik recepcji (ochrony).
– Później, później. Sam zapalę, najpierw jednak rozmówię się z zabójcą czarnego kundla. Wjechał windą na trzecie piętro i natychmiast skierował swoje kroki do pokoju 316. Zapukał i drzwi otworzył mu kierowca Passata, który właśnie miał dyżur. Kierownik Działu bez słowa, chwyciwszy go za gardziel, począł go dusić. I finalnie udusił.
Spocony i lekko poddenerwowany wrócił na recepcję i polecił ochroniarzowi:
– Pan wykopie obok dołu dla psa, który może być płytki, drugi, ale głębszy dla pracownika naszego wydziału. Nigdy go nie lubiłem, ale jak mi psa rozjechał, to miarka się przebrała. I to – jak mówią świadkowie – cofnął, żeby go dobić. Ludzie już nie są ludźmi jak kiedyś.
– Jasne, nie wnikam w personalia. Pan Kierownik sam decyduje, którego pracownika naszego uniwersytetu życie należy zakończyć. – Dla dobra nas wszystkich – dodał pracownik ochrony.
– Zwłoki są w 316, tylko niech tam nie leżą za długo bo pomieszczenie się zaśmierdzi trupim jadem. Studenci bardzo nie lubią tego zapachu. Mówią, że ich odpycha. Są wydelikaceni, albowiem życie i śmierć to dwie strony tego samego medalu – filozofował Kierownik Działu.
– Szkoda panu tego czarnego kundla, prawda? – zapytał pracownik ochrony.
– Prawda. Kierownik uronił łzę, ocierając ją natychmiast nienagannie złożoną chusteczką bawełnianą. – Kopałem go jakieś 10 lat, od szczeniaka. I on do tego przywykł. Pewnie go to bolało, ale potem miał żywienie ze stołówki, przy którym prawie zawsze stałem oparty o budynek paląc papierosa bez filtra i rozmyślając. Żarł zawsze jakby chciał zrobić w brzuchu zapas na miesiąc. Nie lubiłem go i lubiłem jednocześnie. Przyznam, że sam nie mogłem się zdecydować. Dlatego go na wszelki wypadek od czasu do czasu kopałem. – powiedział Kierownik Działu dopalając kiepa przy recepcji.
Sprawa pochówku czarnego psa pana Kierownika Działu stała się na tyle informacyjnie nośna, że poszczególne Wydziały, Instytuty oraz Rady Dyscypliny Naukowych wydelegowały swoich przedstawicieli celem złożenia wieńców. Tyle, że przed grobem była tabliczka z napisem: za wieńce dziękujemy – w zamian chcemy wódki. Dużo wódki. To drugie z podkreśleniem.
Zatem nolens volens poszczególne delegacje zakupywały Bociana ze zwężoną szyjką po 65 zł za litr w Biedronce i składały je zamiast wieńców na grobie czarnego psa. A Kierownik Działu w imieniu przejechanego psa spożywał ten alkohol wspominając tzw. stare dobre czasy.
Niektórym ta sytuacja może wydać się dziwna, ale tak właśnie kształtuje się życie na uniwersytetach w Polsce.
Zostaw komentarz