Gdybym mógł ustalać kary dla polskich piratów drogowych, wysłałbym ich na tydzień (na własny koszt) do Indii, Pakistanu by tam spróbowali swoich umiejętności. Gdyby przetrwali tydzień, mogliby jeździć w kraju. Na tamtych drogach jedynym określeniem tego co na nich się dzieje jest słowo CHAOS
Oczywiście w Indiach, Pakistanie czy na Sri Lance obowiązują przepisy ruchu drogowego.
Tyle, że nikt ich nie przestrzega.
Panuje wszechobecny chaos.
Obowiązuje jedna zasada.
Pierwszeństwo na drodze mają, w tej kolejności, ciężarówki, autobusy, wypasione fury bogaczy, zwykłe samochody, motocykle, tuk-tuki.
Na samym końcu jest pieszy.
Szczególnie to widać w wielkich metropoliach takich jak Chennai, Mumbai, New Delhi oraz na indyjskich drogach, bez względu na kategorię.
W tych miastach na ogół nie ma chodników, a jeśli są, to pełne dziur.
To nie wszystko, w przekonaniu Indusa, chodnik nie służy do chodzenia, ale handlowania lub spania.
Dlatego pieszemu często zagradzają drogę prowizoryczne stragany z owocami, warzywami czy kwiatami oraz śpiący na kartonach ludzie.
Pokonanie stu metrów takiego chodnika wymaga prawdziwej ekwilibrystyki oraz wewnętrznego spokoju.
Bo nie ma sensu się denerwować i tak się tego nie zmieni.
Przejście przez ulicę zaś, to prawdziwy wyczyn, choć ja i żona opanowaliśmy tę sztukę do perfekcji.
Trzeba po prostu lawirować między jadącymi pojazdami bo na ogół jeżdżą wolno.
Szybciej po prostu się nie da bowiem od rana od nocy panuje na nich permanentny korek.
I przeraźliwy hałas klaksonów.
Na tzw. autostradach obowiązuje jedna zasada, kto większy, ten lepszy.
Te autostrady jednak w niczym nie przypominają zachodnich.
Często są to tylko dwa pasy, bez poboczy. Ich szerokość to jakieś dziesięć metrów.
Są pełne dziur, wybojów oraz progów.
Częstym zjawiskiem jest wyprzedzanie na tzw. trzeciego co kończy się zazwyczaj zderzeniem czołowym, w którym, jeśli zderzyły się dwa autobusy, jest kilkudziesięciu zabitych.
Nawet na tych, które mają pośrodku betonowe przegrody, ruch pod prąd jest bardzo częstym zjawiskiem.
Nigdy nie wiesz, czy naprzeciwko ciebie, nie pojawi się jadący w przeciwną stronę samochód, motocykl, czy wieśniak wiozący owoce lub warzywa na pobliski targ, w wozie zaprzegniętym do bawoła.
No i na poboczach, nieutwardzonych, z reguły jest pełno pieszych.
Kobiet, dzieci, starców idących do pobliskich miejscowości bo nie stać ich na autobus albo te, kursują zbyt rzadko.
Na bocznych drogach, w porze żniw, kierowca może napotkać rozłożone na nawierzchni maty z ryżem dopiero co zebranym z pól.
To doskonały i tani sposób jego wymłócenie.
Kołami samochodów.
Najwyższych zaś umiejętności oraz mnóstwa szczęścia wymagają drogi górskie np. Droga Karakorumska, z Chin do Pakistanu, czy droga z Manali do Leh, w Małym Tybecie.
Ta ostania, przez przełęcz Rothang, położoną na wysokości powyżej trzech tysięcy metrów.
Choć czynna jest zwykle od maja do pierwszych śniegów to jej pokonanie może zająć od kilkunastu godzin do kilku dni.
Wystarczy, że z gór zejdzie osuwisko skalne, które zatarasuje drogę, albo nawali samochód jadący przodem.
Nie da się go wyprzedzić bo szerokość drogi to często zaledwie trzy, cztery metry.
Ponadto, z jednej stony skały, z drugiej przepaść.
Dla polskich piratów drogowych jazda w takich warunkach byłaby
testem ich psychicznej i fizycznej odporności.
Na zdjęciach, ulice w Chennai, foto Jolanta Styrczula
Zostaw komentarz