30 sierpnia 1943 roku. Upał, świeżo zżęte pola Wołynia. Przez ściernisko idzie kolumna ludzi – starcy, kobiety, dzieci. Brudni, poturbowani, przerażeni. Poganiają ich mężczyźni w zdobycznych mundurach, cywilnych marynarkach i haftowanych koszulach. Na czapkach połyskują tryzuby. Krzyczą po polsku i ukraińsku, biją kolbami, kopią. Jeszcze wczoraj byli sąsiadami, dziś prowadzą ich na śmierć.

Kolumna zatrzymuje się na skraju pola. Ludzie wiedzą, co nastąpi. Jedni modlą się i przebaczają sobie nawzajem, inni w apatii siadają na trawie. Oprawcy wybierają po dziesięć osób. Pada rozkaz, salwa, krew bryzga w słońcu. Reszta patrzy i czeka na swoją kolej.

W powszechnej pamięci utrwaliła się „Krwawa Niedziela” – 11 lipca 1943 roku, gdy UPA zaatakowała dziesiątki polskich wsi. Ale mało kto wie, że pod koniec sierpnia fala ludobójstwa rozlała się ponownie. W nocy z 29 na 30 sierpnia oddziały UPA uderzyły na 64 miejscowości, mordując tysiące Polaków.

Rozkaz wydał Roman Szuchewycz „Taras Czuprynka” po naradach OUN, zachęcony „skutecznością” lipcowych mordów. W sierpniu spłonęło 301 polskich wsi.

Symbolem tamtej rzezi stały się dwie – Ostrówki i Wola Ostrowiecka.

Do obu miejscowości weszły oddziały UPA. Z początku – zachowywali się uprzejmie. Rozdawali dzieciom cukierki, częstowali mężczyzn tytoniem, obiecywali wspólną walkę z Niemcami. Nakazali wszystkim zgromadzić się w szkołach i kościołach.

Następnie mężczyzn wyprowadzano do stodół. Tam zabijano ich po cichu – młotkami, siekierami, pałkami. Zwłoki wrzucano do wcześniej przygotowanych dołów. Księdzu obcięto głowę. Kobiety, dzieci i starców zgromadzono w kościele – mieli spłonąć żywcem. Spłoszył ich jednak przypadkowy niemiecki patrol.

Wówczas kolumny ludzi poprowadzono pod las. Tam padły strzały, tam konały dzieci przytulone do matek, tam wołano o ratunek, którego nie było.

W Woli Ostrowieckiej ludzi zamknięto w szkole. Banderowcy wrzucali granaty, strzelali, a potem podpalili cały budynek. Trzynastoletni Henryk Kloc ocalał cudem. Patrzył, jak jego matka konała, siostra ginęła od kuli, a obok umierały kolejne dzieci.

Łącznie w obu wsiach zginęło 1066 osób, w tym 466 dzieci.

Wieś spalono i obrabowano. Zwłoki leżały na polach trzy dni, zanim kazano miejscowym Ukraińcom wrzucić je do zbiorowych mogił. Przez lata miejsce to nazywano „Trupim polem” – deszcze wymywały z ziemi pogruchotane kości.

Dowódca Kłymczak meldował z dumą: „Zlikwidowałem wszystkich Polaków od małego do starego. Wszystkie budynki spaliłem.”

Dziś, 82 lata później, nie ma już Ostrówek ani Woli Ostrowieckiej. Jest tylko cmentarz i kapliczka. Dopiero w 1992 roku rozpoczęto ekshumacje – odnaleziono setki szczątków. Zdjęcia dziewczęcych warkoczy, dziecięcych szkieletów i roztrzaskanych czaszek wstrząsnęły opinią publiczną.

Jedna z Ukrainek, Ołeksandra Wasiejko – „babcia Szura” – wskazała Polakom mogiły. Wypełniła wolę ojca, który przed śmiercią mówił jej: „Przyjdą tu kiedyś Polacy. Pokaż im, gdzie leżą.”

I pokazała.

Ale pozostaje pytanie, które wykrzyczał jeden z ocalałych, stojąc nad ruinami rodzinnej wsi:

„Dlaczego nas wymordowaliście? Co wam to dało?”

To nie jest post, który ma wzbudzać nienawiść.
To jest pamięć o tych, którzy nie mogą już nic powiedzieć.
To jest świadectwo dla tych, którzy usilnie chcą wybielać historię.

Białe warkocze polskich dziewcząt, wydobyte z dołów śmierci, stały się wieńcem pamięci.
Nie po to, by podsycać nienawiść – lecz by nikt nigdy nie ośmielił się zakłamać ich cierpienia.
Milczą, ale w ich imieniu woła ziemia: Pamiętajcie o nas.

Na zdjęciu fragment warkocza jednej z ofiar.

Fot. Domena publiczna.

Autor: Jędruś Ciupaga