– Sąsiad – zawołał mnie sąsiad, gdy wysiadłem z samochodu – widziałeś, jakie są dzisiaj korki?

Nie, kurna, nie widziałem, bo ja właśnie przefrunąłem samochodem przez centrum Łodzi.

– Dlaczego? – wypytywał mnie dalej dramatycznie sąsiad. – Dlaczego? Czy coś się stało?

– Tak – odpowiedziałem spokojnie – na Ukrainie jest wojna i poderwano holenderskie myśliwce.

– Nie kpij, sąsiad – spodziewał się jednak czegoś bardziej dramatycznego – teraz myśliwce podrywają tak często, jak dziewczyny na dyskotece. To coś innego.

– To może dlatego, że remontują drogi przy cmentarzach, więc wszyscy jeżdżą w kółko i szukają jakiegoś wyjścia.

– Poważnie? – zapytał sąsiad. – Przecież jutro Wszystkich Świętych.

– Szczecińska i Doły na pewno rozkopane, ale to może wyznaczać początek nowego trendu.

– A może ONI obchodzą Halloween i robią nam taki psikus?

Chciałem powiedzieć, że przecież dostają cukierki, ale machnąłem tylko ręką na pożegnanie i ruszyłem w stronę wyjścia z parkingu. Nie dane mi było jednak spokojnie dotrzeć do domu. Za bramą dopadło mnie dwóch Mormonów. Nic dziwnego – tu na Orla mają swój kościół. Dziwne było tylko to, że byli Polakami, a nawrócenie na mormonizm wymaga od nas olbrzymiej determinacji.

Sam przecież przeszedłem kurs mormoński, aby dostać Księgę Mormona. Uwielbiam książki. Ale opowieść, że Joseph Smith znalazł w lesie złote tablice zapisane w nieznanym prekolumbijskim języku i przetłumaczył je na angielski w wyniku objawienia, przerastała moją wytrzymałość.

Neofitom jednak tego nie powiedziałem. A co mi tam. Wyjaśniłem im tylko, że od czasu, gdy Mormoni zrezygnowali z wielożeństwa, uważam ich za heretyków. To ich troszkę zdezorientowało, dzięki temu dotarłem do Galerii Łódzkiej.

Gdy tylko wyszedłem do środka, przestało padać i wyszło słońce. Typowy żart Boga. „Dobrze się bawisz?” – zapytałem w stronę błękitnego nieba. Żadnej odpowiedzi. Na wszelki jednak wypadek zostałem w Galerii.

To był jednak błąd, gdyż dopadła mnie kobieta, która rozpoznała we mnie swojego nauczyciela. Zaczęła mi dziękować za wszystko, potrząsając mocno moją ręką. Czułem, że robi się obciach, ale miałem odcięte drogi ucieczki, bo z jednej strony był żartowniś z deszczem, a z drugiej ona. Mogłem się tylko wycofać do apteki.

– Poproszę witaminę C, ale dobrą.

Śliczna farmaceutka przyniosła z dumą najlepszą witaminę i wystukała: 365 zł 84 gr.

– Że co??!!!

– No co? Jest z rumiankiem, drzewem sandałowym, jadem węża, konopią, elektrolitami do nawadniania i mniszkiem lekarskim do odwadniania – i spojrzawszy na mnie od góry do dołu dodała – od góry nawadnia, od dołu odwadnia. No i oczywiście z nagietkiem.

– To ja poproszę bez nagietka.

– Ależ proszę pana – oburzyła się dziewczyna, więc szybko dodałem, że mój organizm nie toleruje laktozy i nagietka.

– Aha – powiedziała ze współczuciem i dała witaminę C za 5,61.

Zacząłem się wtedy zastanawiać, czy nie dokupić nagietka i miałbym tanim kosztem witaminę C z nagietkiem. Na szczęście dotarło do mnie w ostatniej chwili, że ja nie potrzebuję ani witaminy C, ani nagietka.

Wychodząc, rozejrzałem się dyskretnie, czy ktoś znowu na mnie nie czyha, a następnie szybko wybiegłem z Galerii. Bóg dał się zaskoczyć i zanim przemienił lekki deszczyk w potężną ulewę, przeskoczyłem przez ulicę i byłem w domu. „I kto jest lepszy?” – zapytałem, patrząc z dumą w niebo, które się groźnie zasnuło czarnymi chmurami, ale za późno.

Dzięki temu zdążyłem jeszcze na wywiad z wiceministrem Motyką. Tego mi było trzeba. Myślałem, że jest od rolnictwa, bo w tym resorcie dobierają obsadę po nazwisku, ale w tym sezonie – dla niepoznaki – zastosowano inny klucz obsadzania stanowisk i Motyka jest od energetyki. Ale zna się na wszystkim, więc mówił o Ziobrze. Było to dość oczywiste, bo na Ziobrze znają się wszyscy, a na energetyce nikt.

Otóż pan minister stwierdził, że Ziobro powinien zrzec się immunitetu w związku z prokuratorskimi zarzutami. Ucieszyło mnie to bardzo – bo uznałem to za obietnicę, że sam pan wiceminister zrzeknie się immunitetu, gdy w następnej kadencji prokuratura postawi jemu zarzuty. W końcu nie będzie przecież robił z gęby cholewy.

Później był wywiad z prezesem CPK. Super! Jednak mamy CPK, bo mamy prezesa! Prezes stwierdził, że planowana jest zmiana nazwy CPK, gdyż jest nieadekwatna. Nie zdradził, jaka nazwa będzie adekwatna, aby nie wykradł nam tej tajemnicy wywiad ruski lub chiński. Nie z nami takie numery.

Poczułem podziw dla prezesa. Nie miał czym zarządzać, więc zarządzał tym, co miał, czyli nazwą. To jest najwyższa klasa menedżerska. I takich ludzi nam potrzeba! Usnąłem zadowolony z westchnieniem na ustach: „jak dobrze…”.

… ale obudziłem się ze świadomością, że jest niedobrze. Bo oto nadchodzi kolejny polski dzień. W ogóle nie chciało mi się wstawać z łóżka.