Gdy Donald Tusk grzmi o „rosyjskim bagnie”, brzmi to trochę jak strażak, który przyjechał na pożar z kanistrem benzyny i teraz pyta, kto podpalił. Bo naprawdę – jeśli ktoś dziś chce wskazywać palcem, kto „wpakował nas w rosyjskie bagno”, to warto zacząć od lustra, a dopiero potem od Twittera.

Owszem, Gerhard Schröder zrobił z polityki energetycznej niemiecko-rosyjski interes życia, a Angela Merkel przez lata z kamienną twarzą tłumaczyła, że wszystko jest pod kontrolą. Tyle że to nie był teatr jednego kraju. To była orkiestra – i Polska w niej nie siedziała wyłącznie na widowni.

Bo narracja, że „oni nas wciągnęli”, jest wygodna, ale zwyczajnie nieprawdziwa. Nikt nikogo nie musiał wciągać – wszyscy wchodzili sami, bo było taniej, wygodniej i politycznie opłacalnie. Relacje z Vladimirem Putinem nie były przez lata żadnym tabu. Były standardem. Były pragmatyzmem. Były – mówiąc wprost – świadomym wyborem.

I teraz nagle wszyscy dostali amnezji.

To nie było żadne nagłe wpadnięcie w bagno. To było powolne, konsekwentne wchodzenie w nie – krok po kroku, decyzja po decyzji.

Najbardziej groteskowe jest jednak to, że dziś politycy licytują się na moralną czystość, jakby jeszcze wczoraj nie uczestniczyli w tej samej grze. Każdy próbuje przepisać historię tak, żeby wyjść na jedynego, który „ostrzegał”. Problem w tym, że ta wersja nie trzyma się kupy – bo pamięć społeczna, wbrew nadziejom polityków, nie jest aż tak krótka.

Więc kto nas wpakował w bagno?

Nie „oni”. Nie „tamci”. Nie „poprzednicy”.

Wszyscy, którzy przez lata uznawali, że z Rosją da się robić interesy, ignorując to, czym ta Rosja jest. Wszyscy, którzy woleli tani gaz od trudnych decyzji. Wszyscy, którzy dziś najgłośniej krzyczą, próbując zagłuszyć własną przeszłość.

A najgorsze?

Że zamiast w końcu z tego bagna wychodzić, politycy wolą się w nim przerzucać błotem.

Bo kiedy dziś Donald Tusk opowiada o bagnie, warto przypomnieć, że jeszcze kilkanaście lat temu jego rząd z entuzjazmem zakładał kalosze i mówił: „spokojnie, to tylko błotko, da się przejść suchą nogą”.

Reset z Moskwą nie był żadnym przypadkiem ani wymuszonym ruchem. To była świadoma strategia: ocieplenie relacji, „nowe otwarcie”, dialog zamiast konfrontacji. Brzmi znajomo? Oczywiście – bo to była dokładnie ta sama melodia, którą w tym czasie grali Angela Merkel i Gerhard Schröder, tylko z polskim akcentem.

Zdjęcia, uściski dłoni, deklaracje współpracy – wszystko to działo się przy pełnej świadomości, z kim mamy do czynienia. Vladimir Putin nie stał się nagle kimś innym po 2022 roku. On był taki sam wcześniej. Tyle że wtedy bardziej opłacało się udawać, że jest partnerem, a nie problemem.

Reset był politycznie wygodny. Pozwalał mówić o stabilności, o pragmatyzmie, o „dojrzałej polityce”. Problem w tym, że ta dojrzałość okazała się raczej naiwnością w garniturze.

I dziś, gdy słyszymy opowieści o tym, kto nas „wpakował w bagno”, warto pamiętać: to bagno nie powstało nagle. Ono było przez lata osuszane w przemówieniach i jednocześnie podlewane w praktyce.

Bo reset to nie był epizod. To był kierunek.

A teraz ci sami ludzie próbują przekonać wszystkich, że od początku wiedzieli, dokąd ta droga prowadzi.

Tyle że jeśli naprawdę wiedzieli – to tym gorzej.